sobota, 31 grudnia 2016

Prowokacje

Głośny trzask obudził dwie skacowane Gryfonki. Kolejny i kolejny. I tak w kółko. Obie zwlekły się z łóżka, wykonując przy tym dziwne ruchy, jakby unikały ciosów siekierą. W końcu starsza z nich otworzyła drzwi na korytarz i przeszła do salonu. Widok, który tam zastała wkurzył ją do granic możliwości.
Trzech Ślizgonów stało na środku salonu i co chwila rzucało stare księgi na podłogę. Wszyscy, niemalże w jednakowym tempie, sięgali po arcydzieła, unosili je wysoko ponad głowy i ciskali na nic niewinną posadzkę. Gdy pierwszy, drugi i trzeci szok minął, dziewczyna zapytała:
- Co wy robicie...? - zaczęła z konsternacją przyglądać się porozrzucanym księgom.
- Budzimy was, lenie śmierdzące. - odrzekł, nie przerywając ambitnej czynności, Malfoy.
- A ja się mszczę. - dodał Blaise.
- A to niby za co? - zapytała zdziwiona kasztanowłosa.
- O... Wiewióra Ci nie powiedziała...? - mruczał pod nosem, dodając niewybredne epitety, mające na celu określić jej przyjaciółkę jako "złą psiapsiółe i niewdzięczną, rudą skunksicę". Cokolwiek miało to znaczyć.
Diabeł zaczął z coraz większą siłą i determinacją rzucać książkami i wszystkim, co mu się nawinęło. W tym momencie przyszła Ginny, ale i to nie powstrzymywało tych gadów. Weasleyówna, nie zwracając uwagi na swój skąpy ubiór, zaczęła badać całą sytuacje.
- O co znowu chodzi? - zapytała, nawet nie usiłując udawać, że nie zwraca się centralnie do Blaise'a.
- O co MI znowu chodzi? To ty masz jakieś problemy ze sobą! - krzyknął, zdenerwowany.
- Słucham?! Wypraszam sobie! - wrzasnęła, cała czerwona.
- To se wypraszaj, ale raczej skutków to żadnych nie przyniesie! - odrzekł.
- Czyżby nasza parka się pokłóciła...? Przykro... - mruknął Draco. Nie wiedzieć czemu, kibicował swojemu kumplowi w tym dziwnym uczuciu do Weasley. "Przynajmniej nie ma depresji, na punkcie tego, że woli Potter'a." - dodał w myślach.
- O! Ja ci zaraz pokarze skutki! - krzyknęła ruda.
Ginny wyciągnęła różdżkę i wykonała dynamiczny ruch. Całość wyglądała, jakby bawiła się w bycie dyrygentem. Jednak czary mają inne skutki, przynajmniej wtedy, gdy używa się różdżki.
- O co znowu...
Jej wypowiedź przerwał donośny śmiech trzech Ślizgonów. W ręce, owszem, trzymała różdżkę, ale nie taką, jaką chciałaby teraz w ręku trzymać.
- Ja - pier - doleee... - wydyszał Nott, zupełnie jakby przechodził właśnie atak astmy.
- Nieee... Wiewióra będzie pierdolić... sama siebie... - wykrztusił Draco.
- Agrr... Zamknijcie się! KTO TO TU POŁOŻYŁ?! - wrzeszczała wściekła Weasleyówna.
Hermiona w tym czasie stała i patrzyła na mugolski przedmiot służący do "robienia dobrze". Nie spodziewała się znaleźć czegoś takiego w swoim dormitorium, nawet mieszkając z kimś takim jak Malfoy. No bo niby po co Ślizgon miałby mieć takie... coś? Nie jest gejem, czy może... Nie, przecież nie raz widziała, jak gdzieś wychodził z coraz to inną dziewczyną. Mogła go co najwyżej podejrzewać o jakieś choroby weneryczne, ale nie homoseksualizm...
- Weasley, uspokój się. Po co te nerwy? To przecież zwykły przedmiot codziennego użytku... - powiedział Theodore, ale Gin od razu mu przerwała.
- Cooo?! Ja nie wiem, jak ty, ale ja wole prawdziwe... no, wiecie co! - warknęła.
- Już gumowe Ci nie wystarczy? - dodał Blaise. - Przerzuciłaś się na takie z resztą ciała?
- Jeszcze jedno słowo, a pożałujecie... - ostrzegła rudowłosa.
- Słowo o czym? O tym gumowym jebadle? Sztucznym przyrodzeniu? Penisie bez... - wyliczał Zabini, bawiąc się przy tym wyśmienicie.
- Skończ, błagam, skończ! - krzyknęła Hermiona, która nie chciała słuchać tych epitetów, określających podłużną, różową zabawkę dla dorosłych. - Skąd to się tu wzięło? - zapytała i w końcu przestała patrzeć na przedmiot.
- Ty mi to powiedz, Granger. - rzucił Malfoy.
- Że ja?! Wiesz, ja nie potrzebuję takich narzędzi do spełnienia, nie wiem, jak ty... - oburzyła się.
- Podejrzewasz, że jestem jakimś gejusem?! - jego krzyk był chyba z dwa razy głośniejszy od krzyków Ginny. Wkurzony podszedł do niej tak, że stali twarzą w twarz.
- Wyrażaj się, podejrzewam, iż jesteś homoseksualistą, nie gejusem. Uważam, iż te wszystkie dziewczyny to jakaś słaba przykrywka, że niby jesteś hetero... Tylko jakiejś rzeżączki byś się nabawił, dalej to praktykując... - mądrowała się.
- Nie wierzę, że to robię... Co mam zrobić, żebyś uwierzyła mi, że nie jestem homo? - zapytał nagle.
- Ostro... - mruknął Blaise.
Zapadła cisza, w której para prefektów nie odrywała od siebie wzroku.
- Yyy... Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz? Trochę nie łapie, to dziwne... - mruknęła, po dłuższej chwili, Hermiona.
- Wykaż się kreatywnością i finezją. - mruknął.
- Ocho, cho! Mam świetny pomysł, ale przy okazji skrzywdziłabym psychikę Mionki, także mówimy NIE. - wtrąciła niebieskooka.
- Zakładam, że ten pomyśl zakładał to, by Draco pocałował szlame? - mruknął beznamiętnie Theodore.
- Nie nazywaj jej tak, Theo. To moja przyjaciółka. - powiedział z naganą na twarzy, Blaise.
- Tak, ten pomyśl to zakładał. A i powtórzyłeś się. - odgryzła mu się Gin. Nott tylko prychnął i usiadł na jednym z foteli.
- Nie pocałuję jej.
- Nie pocałuję go.
- Ach! TY, Malfoy, nie masz nic do gadania. I tak nie zrobi Ci to różnicy. - powiedziała Weasleyówna.
- Nie pocałuję jej.
- Co ty na to, Herm? - zapytała jej przyjaciółka.
- Nie pocałuję go.
- Umiecie mówić coś więcej? - dodał Blaise.
- Nie pocałuję go.
- Nie pocałuję jej.
- AHA. - w tym momencie Blaise poważnie się zirytował. - Pozwólcie, że pójdę już do siebie. - burknął.
- A skąd to jebadło?! - krzyknęła za nim Ginny, ale Diabeł szybko umknął.
***
- No skąd?! - dalej oburzała się Gin, już w drodze na śniadanie w Wielkiej Sali.
- Po raz ostatni powtarzam Ci, że nie wiem i bynajmniej takiego przyrządu nie używam. - mruknęła starsza Gryfonka.
- Kiedyś na pewno musiało się zdarzyć, że brakowało Ci ciepła i miłości, i... - zaczęła rudowłosa.
- Nie. Nie zdarzyło się. - warknęła Herm.
- Kłamczysz.
- Nie kłamcze... czekaj, co? Nie ma takiego słowa... - poprawiła się.
- Ależ jest! Ja kłamcze, ty kłamczysz, on/ona/ono kłamczy, wy kłamczycie, my kłamczymy, oni kłamczą... - wyliczała ruda.
- Nie ma takiego słowa. - w tym momencie obie Gryfonki przeszły przez próg Wielkiej Sali.
- Udowodnię Ci. Luna! - krzyknęła Ginny.
Blondwłosa Krukonka, stojąca przy stole Ravenclawu, odwróciła się i po chwili wyłapała wzrokiem Gryfonkę, która bynajmniej szukała właśnie jej.
- Tak, Gin? - zapytała z uśmiechem.
- Czy mogę cię o coś spytać? - zapytała.
- Już to zrobiłaś. - powiedziały jednocześnie Luna i Hermiona, która zdążyła dogonić ówcześnie biegnącą przyjaciółkę.
- Mogę zadać Ci jeszcze jedno pytanie? - zapytała ponownie.
- Tak, ale już to zrobiłaś... - mruknęła Luna.
- No to jeszcze jedno? Mogę? - zapytała po raz kolejny.
- No tak, ale...
- Może po prostu zadam to pytanie? - powiedziała i nie czekając na odpowiedź, zapytała. - Czy jest takie słowo, jak "kłamczyć"?
- No oczywiście! Ja kłamcze, ty kłamczysz, on/ona/ono kłamczy, wy kłamczycie, my kłamczymy, oni kłamczą... - wyliczała blondyna.
- Ja nie będę z wami na ten temat polemizować. Nie raz czytałam słownik i czegoś... takiego, tam nie było, nie ma i w najbliższej przyszłości nie będzie. - ucięła starsza Gryfonka, ale Ginny zainteresowała się inną sprawą.
- Co?! Jak?! Na pewno nie przeczytałaś słownika, tym bardziej nie kilka razy... - zaczęła.
- Nie kilka, ale kilkanaście, a teraz przepraszam, ale idę coś zjeść. Pa, Luna! - powiedziała szybko i starała się zniknąć z pola widzenia przyjaciółki, ale było to nadzwyczaj trudne...
- Hermiona... - mruknęła Ginny.
- Tak. - odpowiedziała dość sucho.
- Zdajesz sobie sprawę, że jest czwartek? - zapytała z przestrachem ruda.
- Tak.
- Wiesz... kiedy umawiałam się z Malfoy'em na sobotę... ja... no... - mruczała.
- Tak jakby odjebało ci mózg w powietrze i nie zdążyłaś go złapać? - dodał Harry, by ułatwić jej powolny proces wyciągnięcia myśli z głębi jej twarzoczaszki.
Ginny zdziwiona tym słowotokiem tylko kiwnęła głową.
- Od razu wiedziałam, że to zły pomysł. Od razu. Każdy by na to wpadł, ale nieee... Ginny musi się podroczyć ze Ślizgonem, bo inaczej dzień stracony... - wymyślała brązowooka.
- O co chodzi? - zapytał Ron, który właśnie się dosiadł.
- Nie twój zasrany interes. - odpyskowała Wiewióra.
W prawdzie nie była już zła na brata, ale jednak... musiała  go opieprzyć tak dla zasady, prawda? Hermiona od razu chciała przeprosić Rona za Ginny, ale szybko przypomniała sobie, że był foch. A foch to foch.
- Tak, ale może nie ciebie pytałem?! - warknął.
- Doprawdy? To kogo? Harry'ego, Hermionę, czy posłałeś te pytanie w powietrzę? - zapytała sarkastycznie.
- A może i tak? Nie twój zasrany interes. - powtórzył po niej Ron.
- O, teraz będziesz mnie papugował?
- O, teraz będziesz mnie papugował? - powtórzył, całkiem nieźle udajac jej głos.
- Zamknij twarz zanim ci coś zrobię! - wrzasnęła.
- O-o, zamknij twa-arz! Jestem taka zła i groźna! Patrzcie co mu zaraz zrobię! - dopowiadał.
I tak minęło śniadanie... a to był dopiero początek...
***
"Kto się cieszy? NIE JA." - takie myśli krążyły po głowie Gryfonki. Biednej, ale to biednej Gryfonki... Hermiona przed chwilą postanowiła zagłębić się w swój plan zajęć, co nie było dobrym pomysłem na sam początek dnia, bo już wiedziała, że będzie ciężki. Widać, nauczyciele na prawdę chcieli większej integracji. A już szczególnie pomiędzy Gryffindor'em, a Slytherin'em. Każdy dzień Hermiona rozpoczynała lekcją ze Ślizgonami. Każdy. Do tego z nimi miała każdą transmutację, eliksiry, zielarstwo i obronę przed czarną magią. Transmutację miała codziennie.  I patrole. W poniedziałki i czwartki. Ze Ślizgonem. Aż czuła smród tego gada, jak o nim myślała...
- Hermiona, wszystko w porządku? - zapytała z troską Ginny, gdy szły na zajęcia.
- W jak najlepszym. -odpowiedziała krótko.
Od momentu, gdy Hermiona przejrzała plan zachowywała się... dziwnie. A Gin, jak to Gin, musiała znać powód.
- Powiesz, co złego czai się na tym niepozornym kawałku pergaminu, czy sama mam ci go wyrwać?! - wybuchła.
Hermiona tylko wepchnęła skrawek papieru w drobną rękę rudowłosej.
- O cholera... - mruknęła niepewnie ruda. - Współczucie. Współczucie...
- To nic nie da. Trzeba działać inaczej moja psychika nie wytrzyma. - mówiła jak w hipnozie starsza Gryfonka.
- Tak, ale teraz to ja idę na lekcję, a ty biegnij na eliksiry, bo Malfoy sam nie da rady. - powiedziała i już czmychnęła, żeby tylko nie musieć znosić wzroku przyjaciółki.
***
-Witam, moi drodzy. No to jak? Do roboty, wiecie, co macie robić. - powiedział ciepło Horacy i już go nie było.
- Granger, jak tam? Wyspana? - zapytał sarkastycznie blondwłosy dupek.
- Nienawidzę cię. - odpowiedziała.
- Ooo... ja ciebie też... - dodał słodko.
- Krój ten skrętogryz. - warknęła.
- Niby czemu? Mi się nie śpieszy. - odpowiedział leniwie.
- No słuchaj, przykro mi, a teraz ruszaj dupę. - powiedziała stanowczo.
- Słucham?! Dupę?! Na za dużo sobie pozwalasz, szlamciu... - warknął - To, że zrobiłaś sobie z Weasley popijawę wcale nie znaczy, że będę dla ciebie milusi, bo masz gorszy dzień. Zrozumiano? - zapytał władczo.
- A ty nie będziesz mi rozkazywał. Mogę do ciebie mówić, jak mi się podoba i nic ci do tego. - odpyskowała.
- Nic mi do tego? A jednak. Więc sklej te swoje cnotne wargi. - mruknął.
- Co? Nie ma czegoś takiego , jak cnotne wargi. Skąd wy to dzisiaj bierzecie? Gumowe jebadło, kłamczyć, cnotne wargi... Dzień wymyślania słów, czy jak? - marudziła.
- Kto wymyślił kłamczyć? - zapytał, już bez nienawiści, raczej z pewnego rodzaju zaciekawieniem.
- Ginny. - odpowiedziała.
- Głupie, bo rude. - mruknął z dezaprobatą.
- Ej, nie pozwalaj sobie. - warknęła, na powrót przybierając pozycję obronną.
- Zamknij cnotne wargi, szlamo.
- Zamknij... eee... rozpustne wargi? Co...? - wymyśliła.
- Mogę ci pokazać, jak bardzo rozpustne są... - mruknął perswazyjnie.
- Źle dobrałam słowa. Raczej puszczalskie. Tak. Puszczalskie. - szybko zmieniła.
- Puszczalskie? A to niby czemu? - zapytał, zdezorientowany odwagą Gryfonki. Taaa... odwagą Gryfonki.
- Serio, Malfoy? Wiedziałam, że jesteś trochę ułomny, ale że aż tak? - prowokowała.
Właściwie to sama nie wiedziała, czemu to robi. Mogłaby go po prostu ignorować, ale chciała sobie umilić dzień wygraną potyczką słowną.
- Czemu jestem "puszczalski"? - warknął.
- Malfoy, przeleciałeś połowę tej szkoły, myślisz, że ona nie wie? - wtrącił Blaise.
- Nie jesteś lepszy. - mruknął, głęboko zamyślony.
Nigdy nie myślał o tym w taki sposób... ale żeby puszczalski, serio? On po prostu korzystał z życia...
- Ja po prostu korzystam z życia. - powiedział pewnie.
- I z naiwności co po niektórych  dziewczyn... - mruknęła brązowooka, podczas siekania siarkożelatyny.
- Nie mam zamiaru ciągnąć tego tematu. - warknął i już potem nic nie powiedział. Aż do zielarstwa, kiedy to znowu mieli razem lekcje.
***
- Ginny, błagam, zabierz mnie stąd... - marudziła brązowooka Gryfonka w drodze na już czwartą tego dnia lekcję - zielarstwo. Ogólnie lubiła ten przedmiot, rzecz jasna nie tak jak transmutację, czy numerologię, ale lubiła. Problemem nie był nawet nauczyciel. Problemem był pewien blondwłosy Ślizgon, który od rana działał jej na nerwy.
- Nie mogę uwierzyć w to, co właśnie usłyszałam... czy ty, Hermiono Jean Granger, właśnie powiedziałaś, że nie chcesz iść na jakąś lekcję? Nie odpowiadaj. Powiedziałaś to, jestem tego pewna i przeszłości nie zmienisz. - ostrzegła ją niebieskooka.
- Ach, Gin... ja naprawdę nie mam ochoty na tą cholerną lekcję! Najpierw eliksiry, potem wróżbiarstwo, co prawda z Hufflepuff'em, ale jednak, a teraz to... Egh... - westchnęła.
- Chodzisz na wróżbiarstwo? Przecież się wypisałaś. - zauważyła rudowłosa Gryfonka.
- No tak, ale miałam zastępstwo za obronę przed czarną magią i Gryffindor miał wróżbiarstwo, a Slytherin zaklęcia. Jakoś dziwnie pomieszali... - mruknęła.
- Ach, no chyba, że tak... wiesz, zawsze możemy nie iść na lekcję. - powiedziała Ginny i spotkała się z nagannym wzrokiem swojej przyjaciółki. - No co? Ja mam teraz opiekę nad magicznymi stworzeniami. A po co to komu? Hagrid pewnie znowu będzie chciał, żebyśmy karmili sklątki. Czemu ona jeszcze nie zdechły?! Na Merlina, czemu?! Przecież są bezużyteczne, po co je chodować? To nawet do zjedzenia się nie nada. Jak nie sklątki, to gumochłony. Mówię ci. A ty, Miona, pewnie zostaniesz do niego przydzielona, z czego każda normalna dziewczyna, by się cieszyła, ale ty nie.
- Nie strasz. Nie strasz, bo rzygnę. - powiedziała, udając odruch wymiotny.
- Ja teeeż... - jęknęła Ginny, gdy znalazły się za cieplarniami, by Hermiona mogła odprowadzić ją na lekcję. Stąd miały idealny widok na Hagrida i klatki, w których zawsze siedziały sklątki. No chyba, że akurat uciekły.
- Współczucie. Współczucie... - powiedziała sarkastycznie, cytując jej słowa sprzed trzech godzin
- Weź spadaj... pędź do Malfoya, na małe ronde wu... - nabijała się w odwecie.
- To chyba nie tak się mówi, nie uważasz? Przypuszczam, że poprawnej pisowni też nie znasz... - mruknęła z dezaprobatą.
- Szczegóły. - powiedziała Ginny i z miną męczennicy udała się na lekcję z Hagridem. Hermiona z podobnym grymasem weszła do cieplarni numer sześć.
***
- Potter, zabieraj łapska tej madifosji od mojego kumpla! - zagroził Nott
- Ha! Że niby wie, jak to coś się nazywa! - prychnął Ron.
- Yyy... on ma rację, Ron... - wtrąciła Hermiona.
- Mogłaś to zachować dla siebie! - krzyknął oburzony tym, jak znieważyła go przy Ślizgonach.
- Stwierdzam fakty! - broniła się brunetka.
Pani Sprout wyparowała gdzieś w środku bitwy i tyle ją widzieli. Hermiona właściwie postanowiła siedzieć z boku i nie brać udziału w tej bójce, chociaż była po części jej powodem. Gdy Ślizgoni mieli już brać w artylerię korzonki mandragor, weszła profesor McGonagall.
- Co tu się wyrabia?! - zapytała wściekle.
Gdy tylko weszła do pomieszczenia wszyscy zastygli, ale była osoba, która miała gdzieś, bądź też nie zauważyła przybycia dyrektorki. Blaise Zabini, po wypowiedzianych przez Minerwę słowach, cisnął doniczką z czyrakobulwą prosto w głowę niczego nie spodziewającego się Rona. Rudowłosy chłopak chwilę patrzył się nieprzytomnie w przestrzeń, a potem runął na posadzkę tuż przed nauczycielką transmutacji. Blaise po chwili zorientował się, że w cieplarni stoi dyrektorka. Jego uśmiech pełen satysfakcji natychmiast zniknął.
- A ty, Zabini, masz poważne kłopoty. - warknęła.
Rozejrzała się po sali i dopiero teraz uderzyło w nią, ilu uczniów jest nieprzytomnych. Zaczęła pocierać skronie palcami i zwróciła się do profesor Sprout, by jak najszybciej poszła po panią Pomfrey.
- Wy, - zwróciła się do grupki Gryfonów. - macie przenieść poszkodowanych do Skrzydła Szpitalnego. Wy, - wskazała na Ślizgonów stojących w rogu. - im pomożecie. A wy, - tu spojrzała na Harry'ego, Hermionę, Draco, Theodora i Blaise'a. - idziecie ze mną.
Wszyscy z pomrukami niezadowolenia zabrali się do roboty. Oprócz piątki uczniów, która wlekła się za dyrektorką do jej gabinetu. Minerwa powiedziała hasło i wszyscy weszli po spiralnych schodach do pomieszczenia.
- Słucham. - powiedziała sucho, gdy już usiadła w swoim fotelu.
Cisza.
- Czekam na wyjaśnienia. - mruknęła cierpko.
Ciągle cicho.
- Dobrze. Każdy z domów traci po 150 punktów. Do tego każdy z was i waszych kolegów ma miesięczny szlaban, już ja wam znajdę robotę. Pan, panie Zabini, ma szlaban na dwa miesiące. Czyszczenie toalet chyba będzie dobrą karą. A teraz odprowadzę was, żebyście mogli posprzątać cieplarnię numer sześć. - dodała.
- Ale dlaczego wzięła pani nas, żeby wymierzyć karę dwóm domom? - zapytał, dosyć niegrzecznie, Nott.
- Bo zapewne zaczęło się to od waszej szóstki, z czego jeden jest nieprzytomny. Nie trzeba być wielkim filozofem, żeby to zrozumieć, panie Nott. - odrzekła i skierowała się w stronę wyjścia, nawet nie patrząc, czy za nią idą.
***
- Egh, ślimaki... - marudził Blaise.
- Gdybyście nie zaczęli rzucać doniczkami nie musiałbyś zeskrobywać ich flaków z okien. - zauważyła Hermiona, która układała z powrotem w doniczkach jadowite niewybuszki.
- Egh, śluz... - marudził dalej.
- Nie zapominaj, że to Weasley rzucił pierwszy, Granger. - warknął Malfoy.
- Sprowokowaliście go, gady. - odpyskował Harry.
- Nie masz dowodów, Potter. - naśmiewał się.
- Wal się, Malfoy. Jesteś niewychowanym, cynicznym, chamskim gadem, który nie powinien ewolułować z plemnka w płód. - warknął w odwecie.
-Wow, Potter. Nie wiedziałem, że masz jakiekolwiek pojęcie o rozmnażaniu się, skoro nie praktykujesz. - powiedział, udając zdziwienie.
- Skąd niby to wiesz? Od zawsze Ci powtarzałem, Harry, że on czai się gdzieś za oknem i podgląda, co robisz. - wtrącił Ron.
- Raczej to, czego nie robi. - zauważył Blaise.
W tym momencie Nott i Malfoy parsknęli śmiechem, Ron poczerwieniał, a Harry patrzył oskarżycielsko na chichotającą Hermionę, która za wszelką cenę próbowała utrzymać powagę.
- Dzięki, Hermiono. - powiedział sucho.
Na sprzątaniu cieplarni Ślizgoni i Gryfoni z siódmego roku spędzili też całe popołudnie w piątek, aż w końcu profesor McGonagall wyznaczyła im szlabany i o dwudziestej wszyscy mogli w końcu wrócić do dormitoriów i porządnie się wyspać.
***
Hermiona nigdy nie przypuszczała, że kiedykolwiek wstanie  o piętnastej. Nigdy nawet nie przyszło jej to do głowy, tym bardziej, że wiedziała, iż gdyby nie to, że rudowłosa Gryfonka wpadła do jej sypialni z impetem zwalając ją z łóżka, spałaby do teraz. Czyli osiemnastej. Przyjaciółka nie dość, że ją obudziła, to jeszcze zmusiła do kąpieli, co najmniej, jak to zaznaczyła, godzinnej, bo "nie myłaś się wczoraj i cuchniesz Malfoyem". Kompletnie nie rozumiała Ginny. Raz mówiła, że jej zazdrości i powinna się cieszyć, że z nim mieszka, a raz, że on jest okropny i jej współczuje... "Kobiety"  - pomyślała i po chwili zorientowała się, że według jej mamy od czwartej klasy też jest kobietą... "O czym ja do cholery myślę? Chyba powinnam skupić się na tym, co mówi Ginny... taaak chyba coś mnie ominęło..." - mruknęła w myślach, gdy z monologu rudej wyłapała takie słowa, jak: "egipska fuksja", czy "mandarynkowa Hiszpanka". Kompletnie nie rozumiejąc, czy chodzi o kolory, czy o nastrój przyjaciółki (co byłoby dosyć dziwne, bo "mandarynkowa Hiszpanka" chyba oznaczała ochotę na... nieważne) postanowiła zapytać.
- Yyy... Gin? O czym my tu? - zapytała nieskładnie.
- Nie słuchałaś mnie? - zapytała poirytowana.
- Oczywiście, że słuchałam! Tylko... trochę się pogubiłam? - zapytała samą siebie, po czym kontynuowała. - Wiesz, jeżeli "mandarynkowa Hiszpanka" oznacza to, o czym myślę, to nie wiem, jak ci pomóc. - stwierdziła, udając smutek, choć w sumie nie wiedziała, czy ma być smutna... "Mętlik" - stwierdziła.
- A co ma niby potajemnie oznaczać "mandarynkowa Hiszpanka"? To kolor! Pamiętasz tą sukienkę na Pokątnej, co była w ciul droga, ale taka piękna? To ona była w takim kolorze! - powiedziała już po raz setny.
- Och... - skwitowała kasztanowłosa. "Kto wymyśla te nazwy? Ludzie od Magicznych kolorów pani Cloud?" - zapytała samą siebie w myślach.
- Yyy... zdecydowałaś już co ubierasz? - spytała susząc włosy, by udawać, że bardzo ją interesuję ubiór i dzisiejsza, magiczna moda, bo nie chciała urazić przyjaciółki.
- Jasne! Wiedziałam to już przed powstaniem pomysłu na tą imprezę! - krzyknęła radośnie i zaczęła opisywać swój wygląd, a efekty Hermiona mogła podziwiać "tylko" dwie i pół godziny później... i wtedy był czas na nią...
***
Gin, po wnikliwym przeglądzie szafy starszej Gryfonki, przyniosła swoje ubrania. Natychmiast wcisnęła na Hermionę czarne rurki z wysokim stanem i szary top, co kompletnie oburzyło brązowooką, ale Ginny z temperamentem jej matki trudno było przegadać. Zrobiła jej "delikatny" makijaż i stwierdziła, że w wysokich butach Hermiona nie przetrwa, więc dała jej buty na "niższym" obcasie, również czarne. Gdy Gryfonka spojrzała w lustro nie wierzyła, że Ginny jej to zrobiła. Wyglądał pięknie i musiała to przyznać, ale jak dla niej kreski i cienie to już było za dużo. Gin natomiast miała czerwone usta, znacznie większe kreski, niż przyjaciółka i kolorowe, choć stonowane w barwach, ciemne cienie. Była ubrana w "małą czarną" i czarne szpilki z czerwoną podeszwą.
O równo dwudziestej drugiej przybył Harry, bez Rona, Nott i Blaise razem z Pansy i Diabłem Jr, a Malfoy zszedł na dół. Wszyscy chłopcy byli ubrani dość naturalnie, czyli jeansy i zwykła koszula. Pansy miała na sobie obcisłą, lekko obnażającą sukienkę w kolorze butelkowej zieleni i podobnego koloru szpilki. Po chwili, gdy wszyscy już usiedli, Malfoy zabrał głos:
- Blaise, czyń honory. - Zabini wstał i biegiem pognał w stronę pokoju Draco, trzymając swojego psa pod pachą. Po chwili wrócił, niosąc tacę wypchaną alkoholem w jednej ręce. Drugą schował za plecami, niczym kelner w ekskluzywnej restauracji.  Z dumnie wyprostowaną głową, powolnym krokiem zmierzał w stronę kanapy. Gdy tylko odłożył tacę, nieco się przygarbił i szeroko uśmiechnął. Po chwili zaczął rozdawać każdemu po butelce.
- Theodora, Pans, Herm, Gin, nawet dla Wybrańca się coś znajdzie... wyrafinowana persona, czyli ja, Diabełek i mały Dracze... Wszyscy mają? Przepraszamy za tą ubogą zastawe, ale szklanek nam nie potrzeba, żeby się upić. Tak zwana, zasada menela. - zakończył, po czym usiadł i "oddał" głos Draco.
- Dziękuje panu, panie Zabini. Prawie się wzruszyłem. Poruszyłeś moje serce. - powiedział.
- To ty je masz?! - wrzasnął zdziwiony Diabeł.
- Gdzieś tam jest, nie kwestionuj tego, mój drogi. - warknął.
- OK, Wiewióra, zgodziłaś się na prawda, czy wyzwanie, ale w naszej umowie nie było jak będzie to wyglądało. Ślizgoni mają swoją wersję tej gry. Wy, jako Gryfoni, macie zaszczyt mogąc w nią grać. Zasady są takie, że można zadawać wszystkie pytania, jakie się chce, niezależnie od stopnia intymności. Wyzwania są takie same. Tylko bez seksu. Nie gramy na hardcore'a. Rozumiecie? - zapytał, jakby myślał, że są niedorozwinięci.
- Jest jakaś wersja hardcore? - zapytała Ginny.
- No przecież mowię.
- Graliście w nią kiedyś?
- Tak. Jakbyśmy nie grali, to by jej nie było.
- Często w nią gracie? - dopytywała się.
- Niezbyt. Nie chcemy, żeby wszystkie Ślizgonki były w ciąży.
- Zdażały się takie przypadki?
- Bo to raz...
- A dokładniej?
- Trzy. Wszystko zgrabnie zatuszowane.
- Od kiedy w nią gracie?
- Prawda, czy wyzwanie? Od pierwszej klasy. A wersja hardcore od piątej.
- Wow... ktoś zaciążył w piątej klasie?
- Tak.
- Kto?! Powiedz w ogóle, które Ślizgonki!
- Davids, Corner i Bulstrode.
- Milicenta?! Kto chciał w ogóle z nią to robić?!
- To było wyzwanie... Niby miałem nie mówić, ale ostatnio mnie wkurwił... brat Tracey.
- Ostro... To kiedy gramy?
- Mam wrażenie, że chcesz zagrać w wersje drugą.
- I się nie mylisz.
- ALE MY NIE!!! - wrzasnęli jednocześnie Harry, Hermiona, Pansy i Theodore.
- Cieniasy... - mruknął Blaise, który kończył pić swoją butelkę. - Biorę drugą! - krzyknął z wyraźną dumą.
- O nie! Ja się nie dam ograć! - krzyknęła ruda.
Gdy w końcu wyrwali butelki Diabłowi i Wiewiórce, Malfoy rzucił na nich zaklęcie, dziąki któremu ten, kto kłamie, zostanie porażony prądem o "małym", jak się później przekonali, nasileniu.
- Zaczynam ja. Potem osoba, której zadam pytanie. A moje pytanie wędruje do... - tu popatrzył na Gryfonów - Wybrańca.
- Mam na imię Harry. Ewentualnie, może być Potter. - poprawił go.
- To praktycznie to samo. - powiedział beztrosko, po czym dodał - Kiedy przestałeś być prawiczkiem? O ile nadszedł taki moment, gdy jakaś zdesperowana...
- Skończ. W szóstej klasie. - powiedział szybko.
- Późno... jak na chłopaka. Myślałem, że powiesz coś w stylu: "W trzeciej. Wtedy, kiedy zacząłem się masturbować. Pytasz z kim? Z moją prawą ręką." No wiesz, czy coś w tym stylu. - podzielił się swoimi przemyśleniami Blaise.
- Ja myślałem, że np. w piątej, albo czwartej. No co się tak gapisz? To w końcu Wybraniec! A na czwartym roku było więcej dziewczyn, niż zwykle... - dodał Nott.
- Przeszło mi przez myśl, że może z facetem... ale to nie te progi. Zresztą, Nott, o tym, że jest Złotym Dzieckiem dowiedzieliśmy się dopiero w piątej klasie... - mruknął Zabini.
- Boże! Z dziewczyną! Na czwartym roku, pragnę przypomnieć, były same siedemnastolatki! A co, Zabini, myślisz, że żaden facet by mnie nie chciał, czy ja stawiam poprzeczkę za wysoko? - zapytał z nadzieją Wybraniec, licząc na choć jeden "komplement".
- Żeby nie było ci przykro, powiem, że dwójeczka.
- Agrr... - warknął Harry.
- Ja tam bym się cieszył, że, choć skłamał, powiedział dwa. Jedynka oznacza też twoją brzydotę, więc... W każdym razie, trzymajmy się tego, że Potter nie jest gejem. - powiedział Theodore, widząc spojrzenie Harry'ego.
- Teraz ja. - warknął Potter. - Co z tobą, Malfoy? Kiedy, gdzie i z kim? - zapytał.
- W piątej klasie, na jednej z libacji, z... Zabini, Nott kto to był?
- A skąd mam wiedzieć?! - krzyknęli jednocześnie.
- W takim razie, nie wiem. - dokończył.
- Nott i Blaise to twoja pamięć przenośna? - zapytała Hermiona.
- Dokładnie, Granger. - powiedział. - I znowu ja... - zamyślił się. - Ruda. No nie wiem... kogo w tym pomieszczeniu byś pocałowała?
- Nie chcę odpowiadać na to pytanie. - ucięła, niezwykle poważnie.
- Musisz. - powiedział Blaise.
- Nie wymigasz się. - zaśmiała się Pansy.
- Nie odpowiem. - warknęła. - Chcę wyzwanie! - krzyknęła.
- Cholera! Zapomniałem, że mogłem nie odpowiadać! - wkurzył się Harry.
- W takim razie, masz pocałować osobę, którą chciałabyś pocałować i która jest w TYM pomieszczeniu.- powiedział niewinnie.
Rudowłosa Gryfonka odwróciła się w stronę kasztanowłosej i powiedziała ponętnym głosem:
- Daj mi buziaka, Mionka.
- Powaliło cię. - stwierdziła, gdy pierwszy szok minął.
- Proszę, pomóż. - jęknęła.
- Sorka, Ginny, mam inną orientacje. Pocałuj kogoś innego. - powiedziała z udawanym smutkiem.
- Jak pocałować samą siebie, Malfoy? Taki narcyz, jak ty na pewno wie. - zwróciła się do Draco.
- Nie wydam ci swoich tajnych technik. - powiedział, po czym dodał - Musisz kogoś pocałować. Pamiętaj, że nie możesz pocałować byle kogo.
- Chuj ci w dupę! Ja się tak nie bawię! Ja nie chcę! Zdradź mi te techniki! - krzyknęła błagalnie.
- Nie jesteś godna. Przykro mi. - mruknął beznamiętnie.
W tym momencie Ginny z impetem wstała, przewracając krzesło i szybkim krokiem podeszła do Diabła. Wzięła go na ręce i złożyła namiętnego buziaka na jego pyszczku. Odłożyła go na nogi właściciela i wróciła na swoje miejsce.
Zapadła cisza. Raczej nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy... ani tego, że Diabeł zacznie merdać ogonem.
- To już mocno podchodzi pod zoofilię, Weasley! - krzyknął oburzony Nott.
- Odczep się. Przynajmniej znalazłam rozwiązanie mojego problemu. - powiedziała Gin.
- Mogłaś po prostu kogoś pocałować. Nie musiałaś molestować mi psa. - burknął urażony Blaise.
- Goń się, Zabini. Teraz ja... Blaise. No więc, prawda, czy wyzwanie? - zapytała.
- Oczywiście, że wyzwanie! - krzyknął.
- Do końca gry masz siedzieć na tym regale. - powiedziała z szatańskim uśmieszkiem.
- Jak? - zapytał Theodore.
- Ty człowieku małej wiary... - mruknął Diabeł i wstał ze  swojego miejsca, odkładając na nie rudego pupila. - Patrz, postawię nogę tu i tu... - mruczał pod nosem. - Jak położę dupę tu, to nie spadnę, taaak... - dodał.
W końcu, po kilku minutach i asekuracjach kolegów, Blaise siedział na regale w bardzo dziwnej pozycji, szurając głową o sufit.
- Pooodaaa miii ktoooś Ogniiistąąą...? - zapytał, po czwartej butelce, nieźle, że tak to ujmę, schlany.
- Jusz lecę, Diabełku! - krzyknęłą, równie pijana, Ginny, niosąc ze sobą butelkę Whisky.
- Nie macie czegoś innego? Tylko to... coś? - zapytała Hermiona, nie mogąc już dalej siorpać bursztynowego płynu.
- Draaacooo...? - zawołał Zabini.
- Czego, tam z góry? - odpowiedział Malfoy, który pił już trzecią, ale nadal nie miał poważnych objawów upojenia alkoholowego. Ale jakieś tam miał.
- Po pierwsze: nalej Herm coś lepszego. Jakiegoś "drina ala Smok", rozumi? A po drugie, chodź tu i podaj mi butlę, bo Wiewióra nie daję rady podskoczyć. Tylko się pospiesz. - mruknął, starając się nie przeciągać liter.
- Wydawało mi się, że to ty jesteś moim murzynem... - burknął Draco, podnosząc się.
- Nott nie był zainteresowany, więc nie masz wyboru. - powiedział Blaise.
Malfoy odebrał od zdyszanej Ginny butelkę i podał ją Diabłowi. Potem podszedł do barku i wyczekująco spojrzał na Gryfonkę.
- Chodźże tu, Lwico, pokaże Ci, jak zrobić "coś lepszego" i będę miał to z głowy... - mruknął, ale na tyle wyraźnie, by usłyszało go całe towarzystwo.
Reszta postanowiła nie zakłócać prywatnych lekcji i zająć się swoimi butelkami, no i grą.
- Zaczynam się bać... - burknęła. Nie chciała sam na sam stać przy barku z Malfoy'em... po prostu nie chciała...
- Bierzesz tą butelkę, lejesz do szklanki tak, by zapełnić ją około do połowy. Bierzesz tą niebieską, wlewasz tylko trochę, potem tą, ona jest z takim dziwnym wzorkiem, w sensie ta butelka, i lejesz, ale tak z cal, nie więcej, nawet mniej. Potem ta, taka butelkowo zielona, w sumie fajny kolor, coś takiego jak barwy Slytherinu, nie sądzisz? No i lejesz... półtora cala i ta dam! Masz "drina ala Smok", a teraz powtórz. - wszystko to powiedział bardzo szybko, jakby naprawdę strasznie nie chciał tu stać. Hermiona stała, niczym słup, lub udając manekina na mugolskiej wystawie ubrań. Kompletnie nie wiedziała, co zrobić. Najprawdopodobniej procenty zaczęły działać, jak widać butelka wystarczy...
- No, dalej. - poganiał ją Draco.
- Smoku, daj jej chwilę, twoje perfumy ją otumaniły... - zaśmiał się Blaise z regału.
- Co?! Wypraszam sobie! Tak szybko gadał, że nie zdążyłam wszystkiego przetrawić... - zaczęła, ale ktoś jej przerwał.
- Tylko winny się tłumaczy... - mruknął beznamiętnie Theo.
Hermiona poczerwieniała, ale postanowiła ich zignorować.
- Co mam robić...? - zapytała nieśmiało.
***
Hermiona obudziła się z potwornym bólem głowy i zwykłą, choć nie tak zwykłą dla niej, suchością w ustach. Powoli powlekła się do łazienki i po załatwieniu swoich potrzeb i umyciu twarzy spojrzała w lustro. Szok za szokiem i tak w kółko... aż w końcu wrzask.
- MALFOY!!!
***
Ja wiem, ja wiem jestem zła i w ogóle, nie wstawiam rozdziałów na czas i ten rozdział był trochę zagmatwany, ale wszystko się wyjaśni w następnym :-) mam nadzieję, że to czytacie po tak długiej przerwie i zostawicie komentarz z informacją, że jesteście.
PS: Ten jest znacznie dłuższy od poprzedniego ;-)

środa, 7 września 2016

10 zdjęć

      Hejka!
      Dawno mnie tu nie było, rozdział się robi, ale ja nie o tym. A więc (nie zaczyna się zdania od "a więc"), zostałam nominowana do konkursu "10 zdjęć" przez Ive Nerde. Nie kojarzę ani konkursu, ani osoby od nominacji (ha, ha... śmiech na sali...), ale yo - o - lo - lo, kochanie.
A więc... (...)
 
Zasady konkursu: 
1.Napisać to w ciągu 2 tygodni.
2. Wrzucić 10 zdjęć z telefonu lub komputera.
3. Wymienić minimum 3 ulubionych autorów książek.
4. Nominować do tego 10 osób (serio...?)
      No to... zacznijmy, więc "trapezo americano"!
1.  To na początku miało być w tle, ale to irytujące jak Mionka cały czas gada, a Draco w tle udaje, że słucha :)

 2. No i jednak wybrałam to, ale jak długo szukałam tego na laptopie... Bożeszsze...

 3. "I nie potrzeba tu Alohomora, rozkłada nogi i już jest Twoja!" - SzpaRap

4. Lofciam... Kocham go, chciałam mieć to na ekranie, ale się zlewa z godziną...

5. Drapple to lepszy pairing, niż Dramione (żart), tak samo jak Chicron (dobrze to napisałam?).

 6. Fajny rysunek. Po prostu.

 7. Luna jest świetna. Chyba zrobię z nią jakiś wątek...

 8. Stop! Stop! Mówię Ci stop! Ja Cię skądś znam, ziom! Mówię Ci stop! Hej! Mówię Ci stop...!


9. To mam aktualnie na pulpicie, ale zaraz pewnie to się zmieni, często zmieniam tapetę. Ostatnio coś się zepsuło i nie mogę zmieniać avatara, ani ekranu blokady... jest tu jakiś informatyk?



10. Ubóstwiam te listy! Tak samo uwielbiam rozmowy uczniów Hogwartu na Facebook'u! To świetne! Po długich przemyśleniach (niby teraz myślę), postanowiłam dodać tłumaczenie. MOJE tłumaczenie. Przygotujcie się na negatywny szok :D

Drogi Scorpiusie,
Nie zwracaj uwagi na to, co powiedziała Twoja matka, Rose jest cudowną kobietą. Przypomina mi jej matkę. Nie strać swojej miłości, tak jak ja straciłem swoją.
Z poważaniem,
Twój ojciec
Nie mogę się powstrzymać! Numer jedenaście!
Drogi Scorpiusie,
Wiesz, co mówią o byciu niemiłym dla dziewczyny, którą lubisz? To nie działa. Bądź miły i traktuj ją jak księżniczkę. Nie zrób tego samego błędu, co ja.
Z poważaniem,
Twój ojciec

Kocham to <3
Dalej!
1. J. K. Rowling
2. J. R. R. Tolkien
3. Stephen King
Nominuję: Cookie Monster & Sappy, Andromeda, Kamila (dokładniej: Kamila21873), neverwinternight i... no, nie wiem... "Jak się mnie przypomni, to dopiszę" - Babcia Rose (Naucz mnie latać)

Dziękuję, dobranoc.

EDIT: Huncwotka, RuthLessTeam

piątek, 19 sierpnia 2016

Ślizgońskie okazywanie sympatii

      Rudowłosa Gryfonka siedziała na kanapie w Pokoju Wspólnym Gryffindoru. Czekała na swoją przyjaciółkę, która siedziała u dyrektorki już pół godziny. "Miała być szybko..." - marudziła w myślach. Podświadomie wiedziała, że nie może jej się nic stać, ale odczuwała dziwny niepokój. Jakby ze spokojnym i poukładanym życiem Hermiony miało się coś stać. Tylko nie wiedziała, co? To "coś" będzie dobre, czy złe? Z rozmyślań wyrwał ją głos jej brata:
      - Gin, gdzie jest Hermiona? - zapytał, nie zdając sobie sprawy, że ona nadal jest zła i że musi ją przeprosić.
      - Co za opiekuńczość z twojej strony. Pogratulować. Jednak masz uczucia. - wycedziła, nie odwracając się do, stojącego po prawej stronie kanapy, Rona.
      - O co ci znowu chodzi, co?! - krzyknął, a całe towarzystwo zgromadzone w pomieszczeniu popatrzyło na niego z dezaprobatą. Ron ściszył głos i dodał - Co ja ci znowu zrobiłem? - warknął.
      - Nic. - powiedziała to tak dobitnie, że Weasley nie wytrzymał.
      - Powiedz, kobieto! Musisz być tak uparta i głupia?! Zachowujesz się jak dziecko! - krzyczał, nie zwracając uwagi na innych Gryfonów, ani kompletny olew swojej siostry.
      - Weasley, uspokój swojego brata! - krzyknął Seamus, zmęczony tym przydługim monologiem kolegi.
      - Ron... - powiedziała cicho.
      - Co, najpierw: 0dwal się, a teraz Ron?
      - Przymknij się! - Ginny podniosła głos - Chciałam ci tylko powiedzieć, że byłoby mi miło, gdybyś nie wydawał z siebie głośniejszych dźwięków, niż potrzeba. A, i że nie rozmawiam z tobą. - dodała.
      - A to niby czemu?! - rudzielec był na skraju wytrzymałości.
      - Nie jesteś w brodziku moich potrzeb intelektualnych. - powiedziała spokojnie, po czym wstała i skierowała się powolnym krokiem do swojego dormitorium.
      Ron stał i patrzył na oddalającą się sylwetkę swojej siostry. W końcu, wkurzony, wrócił do swojego pokoju i poszedł spać.
***
      - Że razem?!
      Dyrektorka miała wrażenie, że usłyszał ich cały zamek, jak i pobliska wioska. Nie mogąc się powstrzymać, sięgnęła po kubek z leczniczymi ziołami, na uspokojenie skołatanych nerwów. Upiła łyk i po dłuższej chwili powiedziała:
      - Jest już późno, nie sądzicie? Wasze dormitorium znajduje się na czwartym piętrze, za obrazem przedstawiającym Waldemara Uczciwego. Hasło to "onomatopeja". Dobranoc. - oznajmiła szybko, po czym wstała i dosłownie wypchnęła ze swojego gabinetu dwójkę uczniów.
      Hermiona i Draco z niedowierzaniem patrzyli na drzwi. To było absolutnie niemożliwe... Nie było takiej opcji... Po chwili popatrzyli na siebie. Blondyn z pewnego rodzaju skupieniem, a brązowowłosa z niepokojem i lekkim strachem. Po kilku minutach gapienia się sobie w oczy, Herm spuściła wzrok, a Ślizgon odwrócił się na pięcie i odszedł w stronę czwartego piętra. Nie słysząc kroków, zapytał:
      - Dreptasz tam z tyłu, Granger? - odwrócił lekko głowę w bok, chcąc spojrzeć kątem oka na dziewczynę.
      - Że ja...? - zapytała, mało elokwentnie.
      - Merlinie... Tak, - zaznaczył - ty, Granger.
      - A gdzie ty idziesz? - zapytała cicho, nadal stojąc pod wejściem do gabinetu.
      - A jak myślisz?
      Zapadła chwila ciszy. Hermiona zaczęła zastanawiać się, gdzie szedł Malfoy.
      - Do łazienki? - zapytała nieśmiało, a on tylko przewrócił oczami i rzucił krótkie "chodź".
      - Że z Tobą? Do łazienki z tobą? Czy to jakaś niemoralna propozycja, bo wiesz... ja niezbyt chętnie... - dukała, ale przerwał jej pogardliwy śmiech dziedzica skarbca Malfoy'ów.
      - Chciałabyś. Nawet, gdybym cię zgwałcił, to sama błagałabyś o więcej. - powiedział, pewny siebie.
      - Chyba śnisz, Malfoy. - warknęła.
      - Nie, to ty byś o tym śniła. Idziesz do tego dormitorium, czy mam uznać je za własne?
      Ta w odpowiedzi prychnęła i wyprzedziła Ślizgona. Niestety, Malfoy miał dłuższe nogi, więc szybko zrównał z nią kroku i ją przegonił. Gdy doszli do obrazu i blondyn powiedział hasło, weszli do środka, ciekawi wystroju i podziału tego miejsca.
      Całe pomieszczenie było ciemnoniebieskie z brązowymi meblami i szarą sofą, oraz fotelami. W małym korytarzu, w którym znajdowało się wejście, był wieszak na ubrania, półka na buty i lustro, po lewej od portretu. Gdy wchodziło się do salonu, w oczy od razu rzucał się duży kominek, a centralnie przed nim, szara kanapa, stojąca przodem do przejścia. Po obu jej stronach stały dwa fotele do kompletu i dwa stoliki po bokach, które, tak jak inne meble, były w odcieniu ciemnego brązu. Beżowy dywan idealnie rozjaśniał dość ciemne pomieszczenie. Pomiędzy siedzeniami stał jeszcze jeden stolik, większy, z ciemnymi nogami i szklanym blatem. Po lewej stronie kominka były drzwi, prowadzące do łazienki. Za kanapą było wejście do korytarza, do którego prowadziło sześć schodków. Na lewo od wejścia był dobrze wyposażony barek, a po prawej stronie pomieszczenia, obok okien, stała spora biblioteczka. Hermiona od razu rzuciła się w jej kierunku, ale opamiętała się, słysząc prychnięcie. Obiecała sobie, że jeszcze ją przetrzepie. Spojrzała w kierunku Malfoy'a i nie mogła powstrzymać się od głośnego chrząknięcia. Ślizgon spojrzał na nią zdziwiony, a ta tylko pokręciła głową. Nie trudno się domyślić, gdzie stał i co robił blondyn.
      - Alkoholik. - warknęła.
      - Książkoholik. - powiedział, po czym skierował się w stronę korytarza.
      Postanowiła pójść za nim. Oboje modlili się, żeby mieli osobne sypialnie, ale po głębszej analizie, Ślizgon stwierdził, że w sumie to nie miałby nic przeciwko, żeby jakaś ładna dziewczyna spała w jego łóżku... Co?! Czy on właśnie przyznał, że Granger jest ładna?! Nie... po prostu jego podświadomość szuka głupich podtekstów...
      - Które są czyje? - jego rozmyślania przerwał głos Gryfonki.
      - Sprawdzam te po prawo. - powiedział i zniknął za drzwiami.
      Gryfonka, nie mając za bardzo innego wyjścia, weszła do sypialni po lewo. Tak, to na pewno była jej sypialnia. Szkarłat i złoto. Gryffindor. Po lewej stronie od drzwi od razu była ściana, przy której stała spora komoda, a na przeciw niej - jej łóżko. A raczej wielkie łoże. Po prawej stronie od drzwi stała duża szafa, a obok niej sekretarzyk. Wchodząc do pomieszczenia, oprócz ogromnego łóżka, od razu dostrzegało się całą ściane okien, a pod nimi półmetrową w wysokości i szeroką na całą ścianę, małą biblioteczkę. Gryfonka od razu zauważyła swój bagaż i otworzyła klatkę Krzywołapa. Rudy kocur wyminął właścicielkę i skierował się do wyjścia z pokoju. Hermiona, nie zwracając uwagi na swojego kota, opadła na czerwone poduszki i po chwili zapadła w sen. Była mile zdziwiona tym, że Malfoy nie zaczął walić w drzwi gabinetu dyrektorki i błagać o zostanie w "przytulnych" lochach. Nie wiedziała, co o tym sądzić, ale teraz chciała po prostu spać...
***
      - Jak mogłaś mi nic nie powiedzieć?! Wiesz jak się martwiłam?! Całą noc nie mogłam spać, bo gdzieś zniknęłaś! - krzyczała rozeźlona Weasleyówna, nie mogąc pojąć głupoty swojej, niby tak mądrej, przyjaciółki.
      - Ginny... - powiedziała kasztanowłosa, ale rudowłosa nie dała jej dokończyć.
      - Nie Ginnuj mi tu teraz! I nie mów, że zasnęłaś! Wystarczyło wysłać krótką wiadomość patronusem, np. "Hej, Gin! Nie martw się o mnie. McGonagall przydzieliła mi osobne dormitorium, bo zostałam prefektem naczelnym. Nie uwierzysz! Mieszkam teraz z tym mega przystojnym dupkiem ze Slytherinu! Zgaduj." Wystarczyłoby!
     - Wiesz, Weasley, cieszę się, że ci się podobam, ale nie jesteś w moim typie. - usłyszały za sobą głos, dobrze znany i znienawidzony - Za to Diabeł by nie pogardził. Piszesz się? - zapytał niewinnie.
      Dziewczyny odwróciły się w stronę blondyna i spojrzały na siebie, zirytowane. Gin postanowiła wejść w rozmowę ze Ślizgonem.
      - A co, Malfoy? Zrobiliście sobie babski wieczór? Zwierzenia i te sprawy? Ja osobiście proponuje czworokąt. Piszesz się? - przedrzeźniła go.
      - Pytanie z kim? - zapytał z ironicznym uśmiechem.
      - Ty, ja, Blaise i Herm. Powiem ci, że ona tylko gra taką cnotke. - powiedziała konspiracyjnym szeptem, nie zwracając uwagi na oburzenie swojej przyjaciółki. Malfoy na te wieść spojrzał rozbawiony na ślicznie zarumienioną Gryfonkę.
      - Wchodzę. Ale bez głębszych doznań. Prawda, czy wyzwanie? - zapytał.
      - Malfoy i "bez głębszych doznań"? Świat wariuje. Powiedz tylko gdzie i kiedy. - tu Ginny spojrzała na złą przyjaciółkę, za nic mając jej mordercze spojrzenie.
      - W sobotę. U nas w salonie. Bierzecie jeszcze kogoś? - spojrzał na dwie Gryfonki z niemym pytaniem.
      - Harry'ego. Rona nie ma co brać, tylko popsuje zabawę. - powiedziała po chwili Hermiona. Ginevra spojrzała na nią zdziwiona, tak samo jak Malfoy.
      - Mówiłam, że nie jest taką cnotką. - dodała ruda.
      - Przekonamy się w praktyce. Bierzemy Pansy, polubicie się. - powiedział z ewidentnym sarkazmem i odwrócił się na pięcie, rzucając krótkie "dwudziesta druga".
      Hermiona spojrzała na przyjaciółkę z irytacją.
      - Na libację ze Ślizgonami ci się zebrało?
      - Poprawka. Z dwoma najlepszymi przyjaciółkami. Może nasza paczka się powiększy? - tu udała zamyślenie.
      - Oby nie. - ucięła starsza Gryfonka.
      Młoda Weasley tylko zachichotała i poszła na mugolznawstwo. Chcąc, nie chcąc, Herm poszła na transmutację ze Ślizgonami.
***
      Była pod klasą pięć minut przed dzwonkiem. Stanęła obok grupki Gryfonów i przysłuchiwała się ich rozmowie. Po dłuższej chwili zrozumiała, o czym rozmawiają.
      - Bredzisz. Wiadomo w kim jest zakochany. - w tym momencie Lavender urwała i wymownie spojrzała na zdezorientowaną brunetkę. - To, że go nie chce nie jest powodem do robienia takich głupot. - kontynuowała.
      - Ach, ale on naprawdę z nią chodzi! Chciał się odegrać, serio! Widziałam jak dzisiaj na śniadaniu się do niej przyssał! Ona nie mogła tego widzieć, bo się spóźniła! Zresztą, wczoraj podobno się pokłócili! - mówiła, pewna swego Parvati.
      Obie dziewczyny stały kilka kroków od zbiegowiska Gryfonów i mówiły, niezbyt konspiracyjnym, szeptem.
      - Czy wy mówicie o Ronie? - zapytała, nie mogąc się powstrzymać. Dwie Gryfonki wstrzymały oddech na jej widok.
      - T - tak... - wyjąkała Parvati, ale szybko przerwała jej panna Brown.
      - A co cię to obchodzi? Ty go nie chcesz, a wczoraj się pokłóciliście! - była zła, że to w tej dziewczynie się zakochał. Ona mogła mu dać wszystko, ale Weasley wolał tą wywłokę!
      - Nie rozumiem, o ci ci chodzi. - powiedziała zdezorientowana kasztanowłosa.
      - Już ty dobrze wiesz, o co mi chodzi! Ja mogłabym mu dać szczęście, a ty go tylko ranisz! - krzyczała.
      - Ranie?! To, że go nie kocham jest ranieniem?! Mam z nim być i ranić samą siebie?! - teraz na prawdę się wkurzyła.
      - Ah, nie masz serca... - westchnęła i odeszła w stronę innych dziewczyn.
      Hermiona nie chciała podchodzić do Harry'ego i Rona, ale, niestety, musiała.
      - Harry, możesz na słowo? - zapytała z bezpiecznej odległości. Fakt. Ron miał zajęcie. Właśnie "pożerał" Susan Bones z Hufflepuff'u... O dziwo, ten widok nawet nią nie poruszył.
      - Jasne... - powiedział i podszedł do niej. - Więc...?
      - Ginny miała ochotę na schlanie się do nieprzytomności, więc umówiła się ze Ślizgonami na imprezę. Prawda, czy wyzwanie. W moim dormitorium. Raczej moim i Malfoy'a... Przyjdziesz? Bez Rona. - powiedziała szybko.
      - CO?! MIESZKASZ Z MALFOY'EM?! - krzyknął, ale na szczęście nikt ze zgromadzonych nie ogarnął ogólnego sensu tego zdania.
      - Oboje jesteśmy prefektami naczelnymi. To jak, przyjdziesz? - zapytała cicho z nadzieją.
      - Nooo... - Miona zrobiła takie oczy, że nawet Draco by się rozpłynął. - Dobra... - dodał. Nie zdążył nic zrobić, a Herm rzuciła mu się na szyję.
      - Dzięki, dzięki, dzięki! - po chwili oderwała się od niego i wpadła z impetem do, otwartej już, klasy.
      Zmierzała już w stronę swojego stałego miejsca, ale szybko tego pożałowała. Na jej krześle, przy jej ławce, siedziała pewna, niezbyt urokliwa, Puchonka. Postanowiła nie robić scen i znaleźć inne miejsce.
      - Hermiona! - krzyknął ktoś, kogo krzyku nie chciała teraz słyszeć. - Trzymam ci miejsce! - powoli odwróciła się w stronę Zabiniego i pożałowała kolejnej czynności tego dnia.
      Ślizgon, nie zważając na mordercze spojrzenie najlepszego przyjaciela, położył się na dwóch krzesłach, tak, by młody Malfoy nie mógł usiąść. Ale to nie poskutkowało. Draco, zmęczony zachowaniem kumpla, usiadł mu na głowie.
      - Myślę, że Malfoy'owi bardziej zależy na tym miejscu... - nie dokończyła, bo Blaise postanowił jej przerwać.
      - Bredzisz, usiądzie sobie z Theodorem. - powiedział z taką miną, jakby mógł do tego zmusić Draco, który przyciskał jego głowę coraz mocniej.
      Theodor za to sobie siedział i nic nie robił. Patrzył na tę scenę z lekkim rozbawieniem, ale też irytacją.
      - Dobra, Smoku, złaź z niego. - powiedział po chwili.
      - Nigdy.
      - Złaź. - powiedział stanowczo.
      - Odwal się. - warknął Malfoy.
      - To cię zepchnę. - nie czekając na odpowiedź, rzucił się na zdezorientowanego Ślizgona. Po chwili, zbierający się z podłogi blondyn, patrzył jak jego miejsce zajmuje Gryfonka. Sam z niechętną miną usiadł obok Theodora.
      Po chwili do sali weszła McGonagall. Nie zrezygnowała z prowadzenia swojego przedmiotu i opieki nad Gryffindorem. Stanęła za katedrą i zaczęła tłumaczyć temat, pierwszej w tym roku szkolnym, lekcji. Gdy skończyła, cała klasa miała zamienić pióro w małego szczeniaka. Poziom piątej klasy. "Łatwizna" - pomyślała Hermiona. Wykonała dość skomplikowany ruch nadgarstkiem i przed nią pojawił się mały szczeniaczek. Blaise popatrzyła na nią i jej brązowego pieska z zazdrością. Przeklął cicho i zaczął machać różdżką. W międzyczasie, przed Nott'em pojawiła się czarna jak smoła suczka. Malfoy kilka razy próbował, aż w końcu Nott się nad nim zlitował i pomógł z odpowiednim ruchem ręki. O dziwo, pojawił się przed nim mały doberman. Zabini próbował i próbował, nie zwracając uwagi na szydercze śmiechy przyjaciół. Hermiona złapała go za nadgarstek i wykonała odpowiedni ruch. Zdziwiony Diabeł patrzył na swojego ognisto - rudego pieska. Po chwili zaczął go drapać za małymi uszkami.
      - Dzięki... - powiedział cicho. - Można je sobie zatrzymać?! - krzyknął do profesorki.
      - Yyy... Jeśli nie zależy Ci na odzyskaniu pióra, to tak. Możesz zatrzymać swojego psa. - powiedziała po chwili Minerwa.
      - Tak! - krzyknął.
      - Czy tylko ja widzę to uderzające podobieństwo między tym psem a Weasley? - zapytał prześmiewczo Malfoy.
      - Tylko ty. - odpowiedziała Hermiona, chcąc bronić swojej przyjaciółki.
      - Nie ciebie pytałem, Granger. - warknął.
      - Ale ja odpowiedziałam. - pokazała mu język i wróciła do zabawy ze szczeniakami.
***
      - Nazwę go Diabeł Junior. - ekscytował się Blaise.
      - Może Wiewióra & Diabeł Company, co? - dopytywał Draco.
      - To też dobre. - wtórował Theodore.
      - Zgadzam się. Ale jeszcze ktoś sobie coś pomyśli... - zaśmiał się Zabini.
      - A nie o to chodzi? - zapytał Smok.
      Na tę wypowiedź, Blaise posłał mu tylko piorunujące spojrzenie. Szli na trzecią tego dnia lekcję, eliksiry. Slughorn nie zrezygnował z prowadzenia tego przedmiotu, ale, jak to wyraźnie zaznaczył, tylko na jakiś czas. Weszli do sali i usiedli na swoich stałych miejscach. Tym razem Blaise oszczędził swoich scen z pilnowaniem miejsca Hermionie, choć znowu mieli z nią lekcję. Ślimak wszedł do klasy, rozejrzał się i pokręcił głową.
      - Razem z radą pedagogiczną...
      - Gdzieś to już słyszałem... - mruknął, wyraźnie niezadowolony Draco.
      - ... stwierdziliśmy, że wszystkie domy powinny lepiej się integrować, więc trochę was poprzesadzam... - powiedział cicho i zaczął zastanawiać się nad odpowiednim poprzestawianiem uczniów.
      - Pansy Parkinson i Lavender Brown. Dalej... Pan Nott i pan Wazlib...
      - Wyrażam sprzeciw! Wybraniec, Granger, nawet Longbottom, tylko nie ten życiowy wieprz! - krzyknął Theodore, ale jego litania nie zostały wysłuchane.
      - Proszę przejść do ławki pana Ronila. - powiedział spokojnie Horacy, a Nott z miną skazańca powlókł się do ławki rudzielca. - Harry, mój drogi, proszę, przejdź do ławki pana Zabiniego. - dodał przymilnie.
      - Już, już... - mruknął Harry i zebrał swoje rzeczy.
      - Panna Brocklehurst i... pan Harper... kto to jeszcze tu został... Ernie Macmillan i... yyy... panna Bulstrode, proszę przejść do ławki pana Macmillan... Lisa Turpin usiądzie z panną Greengrass, tak...
      - I ostatnia para to Draco Malfoy i Hermiona Granger. Panno Granger... - profesor wskazał jej wolne już miejsce obok Malfoy'a. Zszokowana Gryfonka dopiero po chwili podreptała cicho w stronę miejsca kiedyś zajmowanego przez Zabiniego, który aktualnie dusił się ze śmiechu. "Nie no.... ja to mam szczęście..." - narzekała w myślach. Cała żeńska część klasy patrzyła na nią z zazdrością. "Inne dziewczyny dały by sobie nogę urwać, a ty się nie cieszysz... Greengrass i Brown zaraz mnie zabiją tym morderczym spojrzeniem... A tak dzisiaj broniła Rona..." - prychnęła.
      - Serio myślisz, że podobam się Brown? Może to wykorzystam... - mruknął Ślizgon.
      Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, że Malfoy czytał jej w myślach. I to dosłownie.
      - Świnia! Nędzna imitacja mężczyzny! Idiota! Nie masz za knut wstydu! - krzyczała.
      - Panno Granger, czy ja pani przeszkadzam? - zapytał Mistrz Eliksirów.
      - Nie, proszę pana. Przepraszam. - powiedziała, ale w myślach dodała "Bardzo...".
      - Nie ładnie, Granger, nie ładnie... Tak krzyczeć na lekcji? - powiedział prześmiewczo.
      - Zamknij się. - warknęła.
      - A to cię uszczęśliwi? - zapytał niewinnie.
      - Nawet nie wiesz jak. - burknęła.
      - W takim razie, nie. - powiedział, dobitnie akcentując ostatnie słowo.
      - Nienawidzę cię.
      - Ja ciebie też, szlamciu, ja ciebie też.
      - Eliksir ten jest bardzo złożony i nie wystarczą dwie godziny na jego uważenie, dlatego macie dwa tygodnie. Wszystkie potrzebne składniki są w składziku. Zaczynajcie! - powiedział Slughorn.
      - Że co my ważymy? - zapytała Hermiona.
      - Było słuchać. - uciął Malfoy, wstając.
      - Zapomniałeś, że jesteśmy razem w parze? - warknęła.
      - Zgaduj, Granger. - rzucił.
      - Eliksir wielosokowy odpada, przygotowuje się go miesiąc. Na Wywar Żywej Śmierci wystarczą dwie godziny, nawet mniej. Eliksir tojadowy? - zastanawiała się na głos, idąc za Malfoy'em do składzika, po potrzebne składniki. - Mam rację? - zapytała, nie widząc żadnej reakcji.
      - Nie będę psuł ci zabawy. Musisz być pewna. - powiedział beztrosko.
      - Czyli tak. - po tych słowach wyminęła go i zaczęła wybierać składniki z pamięci.
      Ślizgon westchnął i tylko patrzył na zamyśloną dziewczynę. Gdy się skupiała, marszczyła nos i przygryzała wargę. Zauważył to już dawno. Nie wiedzieć czemu, w sumie lubił na nią patrzeć. Irytowała go niemiłosiernie, ale gdy nic nie mówiła... była nawet znośna.
      - Co się gapisz? Pomóż. - warknęła.
      "No właśnie, gdy nic nie mówiła..." - mruknął w myślach i zabrał od dziewczyny składniki. "Byłaby milsza i całkiem znośna, nawet do rozmowy, gdybyś przestał ją tak traktować" - powiedział cichy głosik w jego głowie, ale od razu go odpędził.
      - Twoja podświadomość dobrze gada, Malfoy. - wtrąciła Hermiona, głosem, jakby chciała się wpasować w jego myśli.
      - Czy ty właśnie... - wysyczał, ale Gryfonka nie dała mu dokończyć.
      - Myślisz, że tylko ty potrafisz używać legilimencji? Teoria to nie wszystko, praktykę też mam w małym palcu. - powiedziała, dumnie wypinając pierś.
      - Niech cię szlag. - warknął.
      - A ja ci życzę spełnienia marzeń. - powiedziała ironicznie.
      - W moich marzeniach zdychasz w męczarniach. - mruknął, jakby to było całkiem normalne zdanie.
      - Ważne, czy będziesz wtedy szczęśliwy? - zapytała, głosem godnym jakiejś terapeutki.
      - A jak myślisz?
      - Beze mnie twoje życie nie ma sensu. Twoja egzystencja będzie trudną tułaczką bez promyka nadziei, jakim dla ciebie jestem. - powiedziała, znów tym irytującym głosem.
      - A jaka to nadzieja, co? - zapytał, dość zainteresowany tematem.
      - Myślę, że chodzi jej o nadzieję na spełnienie miłości. - wtrącił Diabeł, który od dłuższego czasu przysłuchiwał się tej wymianie zdań.
      - Chodziło mi raczej o to, że w końcu zrobię z ciebie porządnego obywatela, ale skoro wolisz opcję Zabiniego...
      - Nie wolę! - krzyknął.
      - Taaa, jaaasneee... - mruknął Blaise.
      - Tak, to jest jasne jak słońce! - warknął.
      - Albo jak twój blady tyłek. - trafnie porównał Diabeł. Hermiona zachichotała, a Malfoy spojrzał na niego wzrokiem godnym Voldemorta.
      - Zazdrościsz, bo twój blady nigdy nie będzie. - odgryzł się Draco.
      - Nie wiedziałem, że jesteś rasistą. Mogłeś mi powiedzieć zanim się przywiązałem do twojej arystokratycznej, bladej, dupkowatej osoby. - powiedział "urażony" Zabini.
      - Cóż, widziałeś, co brałeś. - powiedział i zaczął siekać ogon szczura. - Radzę ci zrobić to samo. - dodał.
      - Co? Mam znaleźć sobie czarnego na usługi? Ty masz mnie, więc nie bardzo mógłbym wysługiwać się moim czarnym przyjacielem, biały bardziej się nada. Ciekawe, czy Nott jest zainteresowany... - mruknął, a Hermiona zaczęła się śmiać.
      - Wspomnę twoje słowa, jak będę czegoś chciał. "Ty masz mnie...". - powiedział Smok.
      - Wiesz, że ja zawsze do twojej dyspozycji. - po tych słowach pożegnał się i odszedł w stronę Złotego Dziecka.
      - Ciekawie, nie powiem... - zaśmiała się Miona.
      - Rutyna. - powiedział Malfoy.
      Tak minęła im lekcja eliksirów. Efekt końcowy: 20 punktów dla Gryffindoru i Slytherinu, za najlepsze rozpoczęcie wytwarzania mikstury.
***
      Historia magii, runy, numerologia i koniec. Ten dzień w zasadzie mogła zaliczyć do udanych. Ale była dopiero piętnasta. Okazało się, że Nott również chętnie się upije, więc punkt dwudziesta druga w sobotę przybędzie do jamy Smoka. Super. Właśnie jadła obiad, gdy jej przyjaciółka opadła na siedzenie przed nią i zaczęła opowiadać, jak minął jej dzień.
      - No hej, słuchaj, na mugolznawstwie dowiedziałam się, że Jean Fawcett zerwała z tym szukającym Ravenclawu! On ma na imię Terry, nie? W każdym bądź razie jest mega przystojny! Ale to nie to samo, co mieszkać z mega przystojnym facetem... i siedzieć z nim na eliksirach... i mieć go na wyłączność... do tego on jest szukającym i prefektem... chciałabym... - Gin nie mogła dokończyć zdania, bo przerwała jej Herm.
      - Uwierz, nie. - powiedziała stanowczo.
      - Przestań, jeszcze nic ci nie zrobił! Ja na twoim miejscu od razu bym się za niego brała! - krzyknęła.
      - Dobrze, że nie jestem tobą! A i JESZCZE nic nie zrobił. Założę się, że coś knuje... Przyczai się i uderzy! Mówię ci! - oznajmiła, pewna swego.
      - Tylko szukasz intryg... A może on się zmienił? Bierz się za niego, kobieto! - zachęcała Ginny.
      - Dziękuję, ale nie. - ucięła. - Nie będę jedną z tych dziewczyn, które się za nim oglądają. Co to, to nie! A tak na marginesie, myślisz że w ogóle chciałby dotknąć takiej szlamy? - dodała ciszej. - Gin, pomyśl.
      - Nie wydajesz się zawiedziona tym faktem...
      - Bo nie jestem. Gorzej by było, gdyby mi się spodobał. Ale tak nie jest. - powiedziała.
      - Ale musisz przyznać, że jest przystojny? - zapytała ruda.
      - No jest. - przyznała niechętnie.
      - Ja bym chociaż wykorzystała ten fakt.
      - Niby w jaki sposób...? - zapytała podejrzliwie.
      - Już tobie nie trzeba tłumaczyć. - powiedziała z dziwnym uśmieszkiem, który mówił wszystko.
      - Jesteś obrzydliwa. Będę miała koszmary! - krzyknęła.
      - Chyba raczej fantazje ero...
      - Nie kończ. Błagam. - poprosiła.
      - I tak wiem, że tego chcesz. - zaśmiała się Ginny.
      Hermiona rzuciła w nią kotletem. I tak zaczęła się wojna...
***
      - To nie był dobry pomysł... - powiedziała jej rudowłosa przyjaciółka, zdejmując ziemniaczka z włosów.
      - Było nie drążyć tematu. - ucięła Hermiona.
      - Musimy się umyć, ubrać... ogólnie rzecz biorąc: ogarnąć.
      - Pff... Po co? Idę spać z kotletem na głowie. Jak się obudzę w nocy głodna, to będe miała co jeść. - oznajmiła brunetka.
      - Jak chcesz, nie wnikam, ale tak Malfoy'a nie poderwiesz. - powiedziała rozbawiona.
      - I nie mam nawet zamiaru! Daj mi spokój! - krzyknęła.
      - Dobra, już dobra, nie bulwersuj się... - powiedziała - To co robimy? - dodała.
      - Wymyśl coś. Czekam na kapkę kreatywności i finezji. - odpowiedziała kasztanowłosa.
      Tak naprawdę nie miała ochoty na nic, była wykończona. Dwie rozmowy ze Ślizgonami odebrały jej całe siły witalne. Nie wiedziała jeszcze, że musi się przyzwyczaić.
      - Proponuje babski wieczór. - powiedziała, już zadowolona, Ginny.
      - Nie... - mruknęła, ale Gin na dziś miała inne plany.
      - Tak. I bez dyskusji. Kiedy ostatnio zrobiłyśmy sobie takie pogaduchy? - zapytała.
      - Tydzień temu. - warknęła. I to był błąd.
      - No właśnie! To co, idziemy do ciebie? - upewniła się.
      - Nooo... - burknęła niechętnie.
      - To widzimy się za cztery godziny! - i tyle ją widziała.
      Hermiona, z jękiem rozpaczy, poszła na czwarte piętro. Była nieobecna, nie docierały do niej nawet powitania innych uczniów. Postanowiła wziąć kąpiel. Weszła do łazienki i dopiero teraz zdała sobie sprawę, że jeszcze jej nie widziała. Pomieszczenie było małe i jasne. Nie było żadnych okien, czy innych drzwi. Na wprost stała wanna, po lewo toaleta i umywalka z wielkim, szerokim lustrem. Po drugiej stronie pomieszczenia, obok drzwi, był prysznic. Cały pokój był obłożony białymi kafelkami. Gryfonka odkręciła kurki w wannie. Z jednego lał się niebieski, a z drugiego czerwony płyn. Gdy wanna się napełniła, a cała łazienka pachniała płynem, który w międzyczasie dolała panna Granger, brązowowłosa weszła do wanny. Postanowiła, że nie będzie się śpieszyć, bo i po co. Malfoy poczeka. Ewentualnie umyje się rano... Kilka razy podgrzewała wodę, gdy ta robiła się zimna. Gdy była już tak pomarszczona, jak ciotka Muriel, wyszła z wanny. Szybko się wytarła i ubrała. Dokładnie wysuszyła włosy i, nie mając za bardzo ciekawszej czynności, zaczęła rysować na zaparowanym lustrze. Ze wszystkich rysunków można było ułożyć zdania: "Zabini to wariat. Ginny, też. Te dwa głupki pasują do siebie (albo "Te dwa głupki ciągnie do siebie."). Malfoy - wredny, ja - miła. Diabełek słodki. Lubię książki." - czyli to, o czym teraz myślała. Otworzyła drzwi i na swojej drodze spotkała, nie kogo innego, jak znienawidzonego, tlenionego blond barana.
      - Dłużej się nie dało? - zapytał.
      - Jak chcesz to mogę tam wrócić. Tylko wezmę jakąś książkę... - powiedziała.
      - Obejdzie się. - warknął i zniknął za drzwiami.
      Kasztanowłosa zgarnęła jedną z książek, nie patrząc na tytuł, i poszła do swojego pokoju. Niedługo potem przyszła, już rozchichotana, Ginny i tak zaczęły się pogaduchy do poduchy.
***
      Heloł, its mi!
      Mam nadzieję, że rozdział się podobał, pewnie mogłabym napisać lepszą końcówkę, ale jakoś nie wiedziałam, jak zgrabnie to skończyć. Chyba nie ma błędów w ortografii, bo te od razu poprawiam, ale, niestety, mam "syndrom nadużywania przecinka". Nazwa zastrzeżona wyłącznie for me! Notka jest troszkę krótsza od poprzedniej, ale to nic. Wynagrodzę to Wam na libacji.
      PS: Wiecie jak ustawić automatyczne akapity w Bloggerze? Piszę na WordPadzie i wszystko potem kopiuję, a akapitów nie mogę... Człowiek, pomusz.

sobota, 6 sierpnia 2016

Że razem?!

      Harry szturchnął swojego przyjaciela w bok. Ten spojrzał na niego nieco zdziwiony, ale od razu zauważył na co patrzy Wybraniec. On. Aż coś się w nim zagotowało. Nie musiał oglądać tej mordy już cztery miesiące, a teraz widział jak znienawidzony Ślizgon zmierza w kierunku wyjścia obładowany torbami, co oznaczało tylko jedno.
      - Proszę, proszę... Nie wiedziałem, że pozwolą wrócić mordercy... że w ogóle go nie zamkną w Azkabanie... - mruknął na tyle głośno, by usłyszał go blondyn, zamierzający postawić kolejny krok w stronę drzwi. Nagle skamieniał. Jego ciało spięło się, co widać było na pierwszy rzut oka. Ginny i Hermiona popatrzały na siebie porozumiewawczo. Rudzielec igrał z ogniem. A raczej Smokiem. Dosłownie. Blondyn odwrócił się powoli, co nie jednego przyprawiłoby o dreszcze. Jego zaciśnięta szczęka tylko utwierdzała ich w przekonaniu, że był, delikatnie mówiąc, wkurzony. Jednak Ron był zdeterminowany, by pokazać temu Ślizgonowi, gdzie jego miejsce.
      - Wow... Wiewióra, szlama, Wybraniec... i ten trzeci... - powiedział pogardliwie, a wszyscy wiedzieli, że uderzył w czuły punkt rudzielca. - Kupe lat, nieprawdaż? Ciebie ruda miałem zaszczyt widzieć rok temu, jeszcze w szkole... ale nasze trio marzeń zawitało u bram mojej posiadłości kilka miesięcy temu, jeśli się nie mylę...? - mówił to z takim stoickim spokojem i wyrafinowaniem godnym arystokraty, że ktoś taki jak Neville, na pewno by zwiał. I mądrze z jego strony. Ale nie on. To było poniżej jego godności... zresztą, nie przy kobiecie u której starał się o względy. Nie przy Hermionie.
      - Nie nazywaj jej tak! - krzyknął, cały czerwony - Chyba zapomniałeś, że to my cię uratowaliśmy podczas wojny! Gdyby nie my, spłonął byś w pożodze!
      Twarz Ślizgona stężała, a on wysyczał krótko przez zęby:
      - Gdyby nie wy, pokój by nie spłonął.
      - Aha, więc teraz to nasza wina, tak? A kto rzucił zaklęcie i był na tyle głupi, by nie wiedzieć, jak je zatrzymać, hmm? - zapytał gniewnie rudzielec.
      - Gdyby ktoś trzeci mnie o to zapytał, a ja nie znałbym prawidłowej odpowiedzi, najprawdopodobniej powiedziałbym, że ty, Wieprzleju, bo ani Potter ani ta imitacja czarodzieja nie są na tyle głupi.
      - Stul pysk, śmieciu! Nie nazywaj tak Hermiony! - Weasley był na granicach wytrzymałości, podobnie jak pewien blondwłosy uczeń Domu Slytherina, który w przeciwieństwie do Rona, potrafił to zgrabnie ukryć.
      - Bo co mi zrobisz, Weasley? Wyciągniesz różdżkę i rzucisz czymś we mnie? O ile zaklęcie nie odbije się rykoszetem, albo w ogóle nie wystrzeli. - rzucił i już zamierzał odejść, kiedy Ron niespodziewanie rzucił mu się do szyi. Nie miał szans. Blondyn był wysportowany i przynajmniej dwa razy silniejszy. Przygwoździł Weasleya do najbliższej ściany i wtedy do akcji wkroczył Harry. Wycelował różdżkę w plecy Ślizgona i powiedział jasno i wyraźnie:
      - Zostaw go.
      Blondyn mało delikatnie rzucił rudzielcem o podłogę, po czym zwrócił się do Wybrańca.
      - Na drugi raz pilnuj tej łasicy, Potter.
      - Wiem... - po słowach Harry'ego, Malfoy odwrócił się na pięcie i, zebrawszy porozrzucane zakupy, wyszedł.
      - Na drugi raz na mnie nie licz! - zawołał Wybraniec do, podnoszącego się z ziemi, Rona.
      - Ale... ale jak to? - zapytał niezbyt inteligentnie.
      - Harry ma rację, Ron! Zresztą Malfoy też! Po co zaczynasz, skoro nie masz z nim szans?! - krzyczała wściekła Ginny, czym zwróciła na siebie wzrok kilku klientów pubu.
      - Jeszcze raz, a możesz nie łudzić się o pomoc od któregokolwiek z nas. - dodała Miona.
      - No jasne! Bronicie Malfoya! A ja tylko chciałem obronić Hermione! - oburzył się.
      - To ci nie wyszło... - mruknęła Gin, po czym wyszła razem z przyjaciółką z Dziurawego Kotła.
      Ron spojrzał na Wybrańca, szukając jakiegokolwiek wsparcia.
      - Ma racje. - i też wyszedł z baru.
***
      Hermiona krzątała się po pokoju, szukając swojej zguby. Mieli tylko dziesięć minut do odjazdu pociągu. Wszyscy domownicy byli podenerwowani, chociaż na dobrą sprawę tylko czterech z nich mogło mieć kłopoty przez spóźnienie. I wtedy to zobaczyła. Ruda szczotka do butelek! Czy ktoś z Was kiedykolwiek cieszył się, że znalazł szczotkę do butelek? Śmiem wątpić. A w tym momencie Hermiona Granger czuła  euforie. Ale nie czas na taniec radości!
      - Mam! Mam go! - krzyczała, po to, by inni domownicy przestali szukać jej kota.
      Szybko, acz delikatnie, wrzuciła go do wiklinowego kosza i zbiegła na dół. Zdążyła powiedzieć tylko krótkie i zwięzłe "pa" i złapać rękę Ginny. Poczuła znajome szarpnięcie w okolicach pępka, a świat zawirował jej przed oczami. Teleportowali się. Od razu wylądowali na peronie dziewięć i trzy czwarte. Czym prędzej pobiegli do najbliższego wagonu. Zdążyli w ostatniej chwili, a jedna stopa Harry'ego wisiała jeszcze w powietrzu, gdy pociąg rozpędził się i tyle go widzieli rodzice uczniów.
      - Cholera! - powiedział zdyszany Ron. Popatrzył z wyrzutem na Krzywołapa, po czym dodał - Chodźmy znaleźć przedział...
      Jak powiedział, tak też zrobili. Ginny usiadła z kolegami z roku, a Harry, Ron i Hermiona znaleźli wolny przedział prawie na końcu pociągu. Po włożeniu bagaży i zwierząt na półkę, rozsiedli się na siedzeniach. Brązowooka usiadła przy oknie, patrząc na krajobraz, rudzielec na przeciw niej, a Wybraniec koło niego. Szatynka nie mogła długo cieszyć się spokojem, bo cały czas czuła na sobie intensywne spojrzenie. Gdy w końcu chciała odwrócić się i zrugać natręta, do przedziału wpadła Luna, Neville i Ginny.
      - Hej! - powiedział od razu Harry.
      - Hej, możemy się dosiąść? - powiedziała Luna, jak zwykle rozmarzonym głosem, po czym, nie czekając na odpowiedź, po prostu usiadła.
      - Jasne... - powiedział trochę zdezorientowany Harry.
      W ślad za Luną poszli Neville i Gin. Ruda usiadła obok przyjaciółki, a obok niej, już wygodnie rozsiadła się blondyna. Na przeciw panny Lovegood usiadł Neville, dalej zielonooki i rudzielec. Kasztanowłosa w końcu zrozumiała, kto tak bezczelnie się na nią gapi i zwróciła się do winowajcy:
      - Czy mógłbyś przestać się na mnie gapić?!
      Wszyscy popatrzyli na nią zaskoczeni, ale ona nie zwracała na to uwagi. Z furią w oczach patrzyła na zmieszanego Weasleya, który nie wytrzymując jej piorunującego wzroku, spuścił głowę. Czując, jak coś się w niej gotuje, odwróciła się z powrotem w stronę okna, ale to co usłyszała wytrąciło ją z równowagi.
      - Okres ma czy co...? - zwrócił się cicho rudzielec do Harry'ego, ale na jego nieszczęście Hermiona słyszała dokładnie.
      Zerwała się na równe nogi z krzykiem rezygnacji i wypadła z przedziału, trzaskając drzwiami. Szła szybko, nawet nie patrząc przed siebie, a skutkiem, i to jakże bolesnym, było wpadnięcie na coś, a raczej na kogoś. Odbiła się od przeszkody i upadła na ziemię. Gdy już podnosiła się i burknęła "przepraszam", z zamiarem obejścia tego kogoś, poczuła męskie ramię na swojej tali, które przyciągnęło ją z powrotem. A ten "ktoś" i to "ramie" nazywały się Cormac McLaggen. Z jej ust wydobył się jęk rozpaczy.
      - Witaj, skarbie. Chyba na mnie lecisz. - uśmiechnął się zalotnie, a ona z trudem powstrzymała odruch wymiotny - Coś ostatnio mi się wymykałaś... - mruknął.
      - Po pierwsze: nie mów do mnie skarbie, bo cię czymś przeklnę. Po drugie: chyba w twoich fantazjach erotycznych. I po trzecie: czy kiedykolwiek znalazła się jakaś kobieta, która na twój widok nie ucieka, gdzie pieprz rośnie? I poprzedzam twoje pytanie: nie liczy się twoja matka.
      - Jakaś ty zabawna... - mruknął zalotnie, nadal uśmiechając się lubieżnie. Przybliżył się, a Hermiona poczuła, jak znowu wzbiera w niej złość. Odepchnęła go, ale ten nie dawał za wygraną. Za długo na to czekał.
      - To nie miał być żart, a ty się odwal! - krzyknęła, już nieźle poirytowana.
      - Oj, przestań...
      - Odwal się ode mnie! - próbowała się wyrwać, ale Cormac był silniejszy.
      - Co tak ostro, kochanie...? - ku zgrozie Gryfonki, po tych słowach zaczął obdarzać pocałunkami jej szyję. A raczej, według nadal wyrywającej się dziewczyny, ślinić ją.
      Nagle Gryfon odkleił się od niej, tak gwałtownie, że aż zapiszczała. Nie żeby jej to nie odpowiadało, ale trochę się przestraszyła, tym bardziej, że z pod ziemi wyrósł przed nią czarnoskóry, rosły Ślizgon. Lewą rękę trzymał na szyi McLaggena, a w drugiej trzymał różdżkę, wymierzoną w skroń Cormaca. Ten, jak na Gryfona przystało, pisnął jak mała dziewczynka i zacisnął mocno powieki.
      - Proszę, o to przykład prawdziwego ucznia domu Gryffindora...

A może w Gryffindorze,
Gdzie kwitnie męstwa cnota,
Gdzie króluje odwaga,
I do wyczynów ochota!

      Zanucił ironicznie i w tym momencie Hermiona go rozpoznała. Blaise Zabini. Uczeń Domu Węża. Jest na tym samym roku, co ona. Szkolny dowcipniś. Godny zastępca Huncwotów czy bliźniaków Weasley. Pamiętała, że w szóstej klasie był razem z nią, Harrym, Ginny, Nevillem i kilkoma innymi osobami w przedziale Slughorna. Ale czemu jej pomaga?
      - Widać nie wszyscy Gryfoni mają takie cechy. Normalnie miałbym cię głęboko, ale w przypadku napaści na bezbronną damę - tu spojrzał na kasztanowłosą z rozbawieniem w oczach, na co ta się uśmiechnęła - nie daruję. - dodał, po czym sprawnym ruchem różdżki dorobił mu lateksowe, królicze uszy i kombinezon, który więcej odkrywał, niż zakrywał, a do tego puszysty ogonek i napis na czole: "Własność Szanownego Pana Blaise'a Diabła Zabiniego, ewentualne problemy, nie są problemami Sz. Pana B. D. Zabiniego". Puścił jego szyję, a ten od razu poleciał w tylko sobie znanym kierunku.
      - Dzięki... - powiedziała nieśmiało.
      - Nie ma za co, a właściwie to dobrze, że cię spotkałem. - spojrzała na niego kompletnie zdezorientowana. Czego taki arystokrata jak on, mógłby chcieć od takiej szlamy?
      - To znaczy...? - spytała po chwili.
      - Chciałbym z Tobą pogadać. - wyglądał na trochę zmieszanego, ale Hermiona nie zwróciła na to uwagi.
      - Yyy... Jasne...
      - Może znajdziemy jakieś bardziej ustronne miejsce?
      - OK...
      Przeszli pół pociągu, aż znaleźli wolny przedział. Diabeł rzucił zaklęcie wyciszające i zaczął mówić:
      - Yyy... Wiem, że to może zabrzmieć trochę dziwnie, bo przecież przez tyle lat się nie lubiliśmy...
      - Delikatnie powiedziane... - wtrąciła się cicho, na co Ślizgon spojrzał na nią lekko poirytowany. Uniosła ręce w geście kapitulacji, a Blaise kontynuował:
      - Ja... no... wiesz... ten... tego... i...
      - Wysłowisz się wreszcie?
      - Yyy... chciałbym cię przeprosić. - wydusił w końcu, a Mione zatkało.
      Ślizgon... ją... przepraszał... Albo ona śpi albo, na Merlina, przebywa na intensywnej terapii w św. Mungu! To jakieś wariactwo! Godryku!
      - Uszczypnij mnie. - powiedziała po długiej chwili.
      - Co? - zapytał, lekko zdezorientowany.
      - Jajco! Uszczypnij! - krzyknęła.
      Diabeł, patrząc na nią jak na wariatkę, spełnił jej polecenie. Nic. Nie stało się nic. Czyli to nie sen. Czyli on naprawdę tu jest i ją przeprasza...
      - A mogę wiedzieć, co cię skłoniło do zmiany poglądów? - spytała, nie mogąc się powstrzymać.
      - Możesz, ale jeszcze nie teraz.
      Targały nią sprzeczne uczucia. Z jednej strony nadal widziała oślizgłego gada, ale z drugiej... Blaise wydawał się być sympatyczny. Musiała mu odpowiedzieć, on czekał.
      - Nooo... dobrze...
      Nie zdążyła nawet powiedzieć nic więcej, gdyż Zabini porwał ją w ramiona i okręcił parę razy. Była w zbyt wielkim szoku, żeby zaprotestować czy coś powiedzieć. W końcu delikatnie się od niego odsunęła.
      - No tooo... Do zobaczenia, moja ulubiona Gryfonko! - powiedział, ukazując szereg równych, białych zębów.
      - Yyy... na razie, Zabini... - powiedziała, po czym wyszła z przedziału w o wiele lepszym humorze.
***
      Siedział w jednym z przedziałów razem z kilkoma Ślizgonami. Nic. Po prostu nic. Gapił się w okno i choć nie zdawał sobie z tego sprawy, wyglądał niezbyt elokwentnie. Pusty wzrok śledził drzewa, które rosły najbliżej torów. Nie zareagował nawet, gdy do przedziału wrócił Blaise.  Ten usiadł obok Notta, z o wiele większym bananem na twarzy, niż pół godziny temu. Arystokrata w końcu postanowił się poruszyć, ale szybko tego pożałował. Gdy tylko zwrócił głowę na wprost, Dafne przylgnęła do niego, oplatając go niczym Diabelskie Sidła. Odsunął ją niezbyt delikatnie, poirytowany tym jej chorym rytuałem. Zawsze wykorzystała okazję, by go zniewolić, ale on już dawno przestał się z nią cackać.
      - Co się stało, Dracusiu? - zapytała, przesłodzonym głosem, a on ledwo się powstrzymał przed wydaleniem swojego śniadania.
      Nie odpowiedział. Po prostu ją zignorował, ale wiedział, że na tym się nie skończy. Nott, widząc udrękę kumpla, szybko wkroczył do akcji, niczym tajny agent.
      - Myślę, że Draco nie ma ochoty wdychać twoich perfum. Przynajmniej taka jest moja teza. - powiedział, mądrym tonem, by zaznaczyć to, że ma rację.
      - To nie myśl, Theo, bo Ci to nie wychodzi. - dorzucił Diabeł - Ja mam wręcz pewność, że Smok boi się, że pobrudzi się tapetą. - dodał, patrząc złośliwie na Greengrass, która poczerwieniała ze złości.
- Draco?! Powiedz coś! - krzyknęła oburzona.
      - Oba przypuszczenia są trafne. Panie Nott, Panie Zabini, po 10 punktów dla Slytherinu. - powiedział, z rozbawieniem patrząc na swoich przyjaciół.
      Oboje wypieli z dumą piersi i teatralnie się skłonili. Wszyscy, oprócz wzburzonej Dafne, zaczęli bić brawo, za niebywałą inteligencje dwóch Ślizgonów.
      - Nie no... Wy powinniście być w Ravenclawie! - zawołał Harper, jeden ze ścigających drużyny Domu Węża.
      - Gorliwie kiwam głową. - dołożył, bardzo mądrym tonem, Blaise, przy okazji robiąc czynność o której wspomniał, z niebywałą gracją, godną arystokraty.
      - Idioci! - krzyknęła zezłoszczona blondyna, i wstała, zamierzając wyjść z przedziału. Zanim z wejścia zniknęła jej długa noga, Diabeł dodał:
      - Żegnam ozięble*.
      Wszyscy Ślizgoni ryknęli śmiechem, a blondyn tylko odwrócił się znowu w stronę okna. Z delikatnym uśmiechem patrzył na horyzont. Po około godzinie, drzwi przedziału otworzyły się, a wszyscy, jak na komendę, odwrócili się w stronę wejścia. Nieco zdziwił ich widok kota z drugiej klasy, w dodatku należącego do Gryffindoru.
      - Czego chcesz? - zapytał szorstko Graham.
      Chłopiec wyraźnie stracił na odwadze, ale po chwili wyjąkał:
      - Ja... ja... ja d-doo...
      - Wysłów się wreszcie! - krzyknął, poirytowany Smok.
      Chłopak przestraszył się lekko, ale cicho powiedział:
      - Dracona Malfoya... - jego głos był niewiele głośniejszy od szeptu, ale sam zainteresowany i reszta towarzystwa usłyszeli go doskonale. Diabeł teatralnie ukląkł na jedno kolano i, z lekkim ukłonem, wskazał ręką blondyna.
      - Oto Draco Lucjusz Malfoy, Pan i Władca tego świata, nasz Zbawiciel i Wybawiciel... - mówił, ale przerwał mu Smok:
      - Zamknij się i usiądź. - syknął wściekle.
      - Tak jest mój Panie. - powiedział pokornie Zabini, po czym wstał i usiadł na swoje wcześniejsze miejsce. Wściekły blondyn zwrócił się do młodszego Gryfona:
      - Czego? - warknął.
      Ten tylko podał mu zwitek pergaminu i czym prędzej wyszedł. Draco zaczął czytać, a gdy skończył, bez słowa schował liścik do kieszeni. Nie zważając na pytające spojrzenia Ślizgonów, odwrócił się w stronę okna. Nott, widząc kompletny olew swojego kumpla na jego i innych osobę, postanowił zapytać.
      - Od kogo to? - powiedział ostrożnie, nie dając pretekstu do niezbyt zadowalającej odpowiedzi.
      - Od Minerwy McBurejKotkiGonagall. - odpowiedział obojętnie.
      - A list dotyczył? - zapytał Blaise.
      Blondyn westchnął i podał brunetowi liścik. Diabeł czytał razem z Theodorem, a po chwili dali kawałek pergaminu pozostałym Ślizgonom. Wszyscy myśleli tylko o jednym. "Po co?".
***
      Wróciła do przedziału, w którym znajdowali się jej przyjaciele. Wszyscy byli zdziwieni lekkim uśmiechem, który błąkał się na jej twarzy. Nikt jednak nic nie powiedział, bojąc się popsuć jej dobry humor. Hermiona wiedziała, że Blaise ma dobre intencje. Tak po prostu. Intuicja jej tak mówiła, a jeszcze nigdy jej nie zawiodła. Był szczery wobec niej i to ją tak ucieszyło. Niestety, pewien rudzielec nie mógł żyć w niepewności i musiał, ale to musiał się dowiedzieć, dlaczego jego "ukochana" jest po prostu szczęśliwa. No bo przecież trzeba mieć konkretny powód.
      - A co ty taka wesoła? - zapytał podejrzliwie, układając w głowie najgorsze scenariusze.
      - Oh, Ron, przymknij się. - powiedziała i praktycznie czuła jak radość z przemiany jednego Ślizgona stopniowo z niej odchodzi.
      - Po prostu jestem ciekawy. - powiedział z wyrzutem, nie rozumiejąc jej zdenerwowania. Ta tylko prychnęła w odpowiedzi, ale Weasley się tym nie zadowolił.
      - Pewnie z kimś byłaś. Niech zgadnę... - tu przyłożył dłoń do brody i zaczął nią ją pocierać, jakby naprawdę mocno się zastanawiał, kto to mógł być, choć oczywiście już wiedział - McLaggen?! - naskoczył na nią, a ta aż zakrztusiła się swoją śliną.
      - Ooo!!! Pewnie jakiś Ślizgon! - krzyknął, odbierając jej reakcję za odpowiedź przeczącą.
Gryfonka nie wytrzymała i zaczęła się serdecznie śmiać, nie tyle z zazdrości Rona, co z jego wielkich możliwości zastąpienia profesor Trelawney. Rudzielec, czerwony ze złości poderwał się gwałtownie i krzyknął:
      - Natychmiast się wytłumacz!
      Kasztanowłosa postanowiła podejść do tego na spokojnie, pomimo wzbierającego gniewu. On nie miał prawa niczego od niej żądać, ani oczekiwać! Zdusiła ochotę rzucenia się na tą rudą łasice i ze stoickim spokojem odpowiedziała:
      - Jestem pod wrażeniem, Ronaldzie. - powiedziała, a wszyscy już wiedzieli, że jest wściekła. Zawsze, gdy była bliska wybuchu, zwracała się do niego pełnym imieniem - Masz zadatki na wróżbitę. Nie spodziewałam się, że zgadniesz kogo po drodze spotkałam i z kim rozmawiałam.
      Chciała go wkurzyć. I udało się. Był o nią cholernie zazdrosny, a przecież nie byli razem!
      - Pewnie Malfoy, mam rację?! - krzyknął, i zdaniem pozostałych zachował się bardzo głupio. Jak mógł podejrzewać Hermionę o coś takiego?
      - No i tu się mylisz. Zagrajmy w zgaduj zgadula. Ja ci będę podpowiadać, a ty będziesz próbował zgadnąć. No więc jest Ślizgonem, ale to już wiesz. Wysoki, przystojny... ale to nie Malfoy, chociaż zgadza się do opisu, nie sądzisz? - zapytała, przesłodzonym głosem, by podkreślić to, iż uważa, że Draco jest niczego sobie. I wcale nie kłamała. - Brunet, umięśniony... Jest na tym samym roku co my. Bardzo miły i przede wszystkim strasznie zabawny. Już wiesz o kogo mi chodzi? - spytała, kończąc swój monolog.
      - Ekhm... Zabini... ekhm... - "kaszlnęła" Ginny. Brunetka spojrzała na nią rozbawiona, a ta odwzajemniła te spojrzenie, dodatkowo dając do niego zdanie "Ja zawsze mam rację".
      - Zabini?! Ten pacan?! Wolisz jego ode mnie?! Oślizgłego gada, Śmierciożerce?! - krzyczał i sam nawet podświadomie zdawał sobie sprawę, że przegiął, ale aktualnie miał to gdzieś.
      - Odszczekaj to. - powiedziała cicho Gin, zanim ktokolwiek zabrał głos.
      - Ty też?! Pewnie lecisz na jego forsę!
      - Wcale na niego nie lecę, a tym bardziej na jego pieniądze! Naprawdę masz, aż tak niskie mniemanie o mojej osobie?!
      - A żebyś wiedziała! Zdrajczyni! - nie zdążył do końca wypowiedzieć ostatniego słowa, gdyż został spoliczkowany przez rudą, a zaraz potem przez szatynkę. Niebieskooka złapała za kufer i rękę przyjaciółki, a starsza Gryfonka uczyniła to samo, i tyle je widzieli.
      Gdy tylko trzasnęły drzwi, Harry zerwał się z miejsca i walnął przyjaciela w potylicę.
      - Za co? - jęknął rudy, rozcierając głowę.
      - Za głupotę. - warknął zielonooki i razem z Nevillem i Luną opuścił przedział. Rudy po raz kolejny został sam*.
***
      Razem z Ginny wysiadły z pociągu, kierując się w stronę powozów. Gdy bryczki znalazły się w zasięgu ich wzroku, Hermiona nagle się zatrzymała.
      - O co chodzi? - zapytała zmartwiona przyjaciółka.
      - Nie widzisz ich, prawda? - jej głos był tak cichy, że prawie niedosłyszalny. Gin nie potrzebowała więcej wyjaśnień. Podeszła do kasztanowłosej i objęła ją. Niewidzialne dla niej żywe symbole śmierci. Testrale. Hermiona widziała czyjąś śmierć. "Tylko czyją?" - zapytała sama siebie ruda.
      - Hermiono... - zaczęła, ale Gryfonka jej przerwała.
      - Fred... przecież widziałam, jak on umiera... jak gruz... - w tym momencie głos jej się załamał, ale dała radę powstrzymać łzy. Lecz Ginny nie.
      Z gardła rudej wyrwał się szloch, niemal histeryczny. Hermiona, przeklinając swoją głupotę, przytuliła młodą Weasley. Czemu to powiedziała? Ją bardzo poruszyła śmierć Freda, a rudą? Przecież to jej brat... Do tego bliźniaków zawsze lubiła najbardziej...
      - Przepraszam, nie powinnam... - szepnęła cicho, nadal tuląc przyjaciółkę na  środku drogi.
      - Nie, nic się nie stało... - powiedziała, po czym wytarła łzy wierzchem dłoni i odkleiła się od szatynki. Nagle usłyszały, dobrze im znany, pogardliwy głos.
      - Co to za sentymenty? Wspomnienia wróciły?
      Odwróciły się i zobaczyły nie kogo innego, jak tlenionego blond barana, który miał czelność przerywać im, zamiast po prostu się nie odzywać. Gryfonki jednocześnie prychnęły i podeszły do powozu. Gdy Hermiona miała już wchodzić, znowu coś ją powstrzymało. A mianowicie, umięśnione ramię mężczyzny i wręcz nie sposób zgadnąć którego. Zwróciła nienawistny wzrok na Dracona, a ten uśmiechnął się ironicznie.
      - Nie będziemy czekać na kolejny powóz, tylko dlatego, że jakiejś szlamie i zdrajczyni krwi zebrało się na szlochy. - powiedział, nie kryjąc swojej niechęci do ludzi "jej pokroju".
      - To muszę cię zdziwić. - oznajmiła głosem tak słodkim i lepkim jak mugolskie krówki. Chciała znów wejść do środka, ale Malfoy pociągnął ją za nadgarstek. O dziwo, uścisk był słaby, wręcz delikatny, jakby nie chciał jej skrzywdzić.
     - Chyba śnisz, że pozwolę ci jechać sobie samej z tą rudą wiewiórą.
      - A ty, że pojedziesz sam z Zabinim. A pro po, nie boisz się, że pobrudzę cię szlamem? - zapytała sarkastycznie, wykorzystując fakt, iż Ślizgon nadal trzymał jej nadgarstek.
      - Jakoś nie bardzo... - mruknął, z ironicznym uśmieszkiem.
      - No to wsiadaj, bo spóźnimy się na ucztę. - powiedziała, po czym wyrwała swoją rękę z chłodnego uścisku Smoka i wsiadła do powozu.
      Draco kiwnął czarnoskóremu przyjacielowi, żeby wsiadał i sam wskoczył do powozu, usadowiając swój arystokratyczny tyłek na przeciw Hermiony. Gdy tylko Blaise zamknął drzwiczki, pojazd ruszył.
***
      Myślała, że Malfoy nie przepuści okazji do dręczenia jej, ale jak widać się pomyliła. Siedzieli w ciszy, wymieniając co jakiś czas zdanie, albo dwa ze swoim przyjacielem. Hermiona po cichu modliła się, by Diabeł nie wspominał w towarzystwie Dracona o ich małej pogawędce, ale bardzo się przeliczyła.
      - Co Mionka, słyszałem jak Potter wrzeszczy na łasice i widziałem jak przechodziłyście z kuframi obok naszego przedziału. Coś się stało? - zapytał z czymś na kształt troski w głosie, a młody arystokrata spojrzał na niego z niekrytym zdziwieniem.
      - Że co?! - zapytał, mało inteligentnie.
      - No tak, nie mówiłem Ci... - westchnął Blaise, a Hermiona zaczęła się bać. Ginny za to poruszyła się w fotelu, najwyraźniej bardzo zaciekawiona tym, co ma do powiedzenia Zabini o jej przyjaciółce.
      - No... ja i Herm jesteśmy teraz... - tu Gin i Draco wstrzymali oddech - psiapsiółkami! - krzyknął radośnie, a kasztanowłosa nie mogła powstrzymać chichotu.
       Ruda nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy. Liczyła na coś więcej niż "psiapsióły". Musiała jednak postawić sprawę jasno.
      - Zab, na początku zaznaczę, że nie masz tu nic do gadania. Przechodząc do konkretów, skoro jesteś "przyjaciółką" Miony, to jesteś też moją "psiapsiółą". Krótko i zwięźle. Po spartańsku. - powiedziała niebieskooka, nie zdając sobie sprawy, że arystokraci najpewniej nie znają określenia "po spartańsku".
      - Yyy... co to znaczy to... spatrańsku? - zapytał Diabeł, gdyż Malfoy nadal przeżywał szok. JEGO najlepszy PRZYJACIEL, zamienił GO na SZLAME. Zdrada. Został zdradzony. Jak on mógł? Po tylu latach razem? Przecież było im razem tak dobrze... Jego lamentowanie przerwał donośny śmiech Ginevry.
      - Spartańsku, nie spatrańsku! Zapewne nie chodzisz na mugolznawstwo? - zaśmiała się ruda.
      - Co?! Na ten przedmiot dzieci mugoli?! Żaden szanujący się Ślizgon nie poszedłby na niego z własnej woli! - krzyczał blondyn, ale Diabeł nie pozwolił mu kontynuować swojego monologu.
      - Draco, ja rozumiem, że ty nie zmieniłeś poglądów, ale... - i w tym momencie Smok zionął ogniem.
      - Ty rozumiesz?! A ja?! Pomyślałeś o mnie?! Ja na tą chwile nic a nic nie rozumiem i nikt nie kwapi się, by mi wytłumaczyć!
      Hermiona, widząc bezradność Zabiniego, postanowiła się odezwać.
      - Nie drzyj się na niego. Przecież nie zrobił nic złego... - zaczęła, a Draco przerwał kolejnej osobie w środku zdania.
      - Gówno wiesz, Granger! - wypluł - To jest traktowane jako zdrada, a Blaise swoim zachowaniem zhańbił honor rodu Zabinich! A teraz mnie posłuchaj: jakaś szlama nie będzie mi kumpla zabierać, co to, to nie! - krzyknął, nieźle poirytowany.
      - O nie! Teraz to ty mnie posłuchaj! Nie masz prawa mówić Zabiniemu z kim ma się zadawać, ani z kim przyjaźnić! Jest wolnym człowiekiem, a to, że nie akceptujesz jego wyborów, świadczy o tym, że nie jesteś jego prawdziwym przyjacielem! - wiedziała, że przesadziła, ale nie mogła tego cofnąć. Oboje nie wiedzieli, kiedy wstali i zaczęli mierzyć się nieugiętym spojrzeniem. W końcu blondyn przemówił, zimnym jak stal głosem:
      - Masz rację, może nie jestem dobrym przyjacielem, ale przynajmniej nie jestem szlamą. - powiedział, patrząc jej prosto w oczy, po czym wyszedł z powozu, który powoli się zatrzymywał.
***
      Gdy wchodzili do Wielkiej Sali, od razu zauważyli blondwłosego arystokratę, który aktualnie walnął focha. Zabini skierował się w jego stronę, a Gryfonki odprowadziły go wzrokiem. Po dłuższej chwili zdecydowały się w końcu usiąść przy stole Gryffindoru. Nie chciały widzieć rudzielca, więc usiadły na samym końcu stołu. Gdy tylko to zrobiły, do sali wszedł profesor Flitwick z Tiarą Przydziału. Hermiona domyśliła się, że to on jest zastępcą dyrektora. Nim jednak powiedziała to zdziwionej Ginny, podszedł do niej jakiś drugoklasista z jej domu.
      - Wiadomość od dyrektorki. - powiedział i zniknął, tak szybko, jak się pojawił.
      Zdziwiona kasztanowłosa otworzyła rulonik pergaminu, wciśnięty jej przez Gryfona i zaczęła czytać, a razem z nią, oczywiście, jej ruda przyjaciółka.
Droga, panno Granger!
Proszę stawić się w moim gabinecie zaraz po uczcie. Wiem, że na pewno będzie pani zmęczona, ale to zajmie tylko chwilę. Hasło to "rozbrykany kucyk".
Z poważaniem,
Minerwa McGonagall

      Gryfonki spojrzały po sobie. Czego mogła chcieć McGonagall? Po co chciała, żeby Hermiona do niej przyszła? Nie zauważyły nawet, kiedy skończyła się Ceremonia Przydziału. Przez całą ucztę siedziały cicho, podobnie jak pewien blondwłosy Ślizgon, tyle że on się najzwyczajniej obraził. Nie reagował na niczyje pytania, czy też zachęty do rozmowy. W końcu uczta się skończyła i niczego nieświadomy, skierował się do gabinetu na siódmym piętrze. A za nim pewna Gryfonka.
***
      Gdy dotarł do kamiennej chimery, strzegącej wejścia do gabinetu dyrektorki, zdał sobie sprawę, że nie jest na korytarzu sam. Wsłuchał się w każdy najmniejszy dźwięk, ale dopiero po chwili usłyszał ciche stukanie obuwia. Wyciągnął różdżkę. "Przezorny zawsze ubezpieczony" - przemknęło mu przez myśl. Czekał chwilę na odpowiedni moment i wychylił się zza rogu. Jakież było jego zdziwienie, gdy zauważył, że celuję w nie kogo innego, jak...
      - Granger? Co ty... - urwał, gdy zauważył jak dziewczyna z prędkością światła wyciąga różdżkę, nie zważając na jego wypowiedź.
      - Malfoy! Boże, przestraszyłeś mnie... - mruknęła cicho, chowając magiczny patyk. Ślizgon uczynił to samo.
      - Gryfoniaki jak zwykle odważni... - mruknął, patrząc na nią z kpiną.
      - Może bym się nie przestraszyła, gdyby jakiś oszołom nagle nie zaczął celować we mnie różdżką! - warknęła, zła na siebie za ten niezbyt przemyślany ruch.
      - Zważaj na słowa, Granger. - ostrzegł ją, niebezpiecznie cichym głosem.
      - I wzajemnie. - mruknęła, po czym dodała - Co tu robisz? - zapytała, zastanawiając się, co taki gad jak on, robi w gnieździe lwów.
      - Mógłbym zadać Ci to samo pytanie. - powiedział, świetnie się bawiąc.
      - To siódme piętro, idioto. - warknęła.
      - Zważaj na słowa. - syknął wściekle - Jakoś nie widzę innych Gryfonów. Panna - Wiem - to - wszystko - Granger się zgubiła?
      - Nie twoja sprawa. Zawsze mogę się wytłumaczyć tym, że idę do toalety, a ty? - wiedziała, że teraz musi jej powiedzieć cel swojej wizyty ponad dziewięć pięter od swojego legowiska.
      - Idę do McWrednej. - warknął. Złapała go w pułapkę.
      - Witaj w klubie. To jak? Idziesz? - zapytała i razem skierowali się w stronę wejścia do gabinetu.
      - Rozbrykany kucyk.
      Gdy tylko powiedziała hasło, chimera odsłoniła jej i blondynowi kręte schody prowadzące na góre. Wspięli się w ciszy i zapukali.
      - Proszę.
      Usłyszeli głos dyrektorki i weszli do pomieszczenia. McGonagall siedziała za biurkiem, obłożona stertą pergaminów. Nie odrywając wzroku od dokumentów wskazała im krzesła stojące przed stanowiskiem jej pracy. Brązowowłosa posłusznie usiadła, ale Ślizgon nadal wpatrywał się w byłą Gryfonkę z wyczekiwaniem. Minerwa spojrzała na niego i jeszcze raz na krzesło, a potem znów na blondyna. Malfoy jednak nie miał najmniejszego zamiaru przebywać zbyt blisko kasztanowłosej, więc wydał z siebie w końcu dźwięk, a raczej powiedział krótkie zdanie:
      - Dziękuję, ale postoję.
      Dyrektorka postanowiła nie przedłużać, więc zabrała głos.
      - Wezwałam was, ponieważ, z racji tego, iż przez wakacje trwała odbudowa Hogwartu, nie wybrałam prefektów naczelnych. Oboje na pewno dacie sobie radę z obowiązkami, takimi jak: patrole, czynne uczestniczenie w przygotowaniach na różne uroczystości, pilnowanie korytarzy w czasie przerw itp. Oczywiście, macie również swoje prawa. Możecie dodawać i odejmować punkty, a także rozdawać szlabany, pamiętając o tym, by nie przesadzać... - tu spojrzała na Dracona - Szlaban może trwać maksymalnie cztery tygodnie, lub jeśli uważacie, że uczeń powinien podlegać większej karze, możecie zgłosić się z tym do nauczyciela. Maksymalna ilość odjętych punktów jednemu uczniowi, za jedno wykroczenie, to pięćdziesiąt punktów. Jako prefekci macie też osobne dormitorium. Oprócz tego, chciałabym żebyście to wy uczestniczyli w wymianie szkolnej z Beauxbatons i w turnieju międzyszkolnym z uczniami z całego świata magii. Myślę, że to tyle. Jakieś pytania? - zapytała i szybko tego pożałowała...
      - Czemu można odejmować tak mało punktów? Szlabany powinny być dłuższe!
      - A kiedy wyjeżdżamy i na jak długo? Mogę zabrać Krzywołapa?
      - Tylko nie ten rudy sierściuch!
      - Przymknij się Malfoy! Jak też chcesz mieć jakieś zwierzątko do Francji, to po prostu kup fretkę!
      - No już, lecę aż się za mną kurzy...
      - A patrole? Kiedy i od której do której?
      - A tak w ogóle, to o co chodzi z tym turniejem? Że będziemy się pojedynkować?
      - Chyba na pięści, idioto!
      - Granger...
      - Tak mam na nazwisko. Będzie więcej uroczystości niż bal bożonarodzeniowy?
      - Mogę zobaczyć moje dormitorium?
      - Wasze... - po tych słowach w gabinecie Minerwy zapadła bezwzględna cisza. - Punkty i szlabany się nie zmienią, a raczej nie zmienią się zasady, co do ich rozdawania i odejmowania. Jeszcze nie wiem, najprawdopodobniej w marcu i myślę, że tak, chyba może pani zabrać pani zawierzę. - tu Malfoy'owi "wymsknęło" się ciche, acz siarczyste "cholera" - Myślę, że zwierzę dobrze panu zrobi, panie Malfoy. Fretka będzie wprost idealna. Patrole będą odbywały się w określone dni od 22.00 do 00.00. Nie, nie będziecie się bili czy rzucali na siebie klątwy, ale będziecie musieli się dogadywać i współpracować. Co do nazwiska Hermiony, trafne spostrzeżenie panie Malfoy, lecz wolałabym, żebyście zwracali się do siebie po imieniu. Co do tego, czy będzie więcej bali bądź przyjęć, nie mam pewności. I tak, panie Malfoy, może pan zobaczyć wasze dormitorium.
      - Nasze...? - powiedział cicho.
      - Tak. Wasze. Rada pedagogiczna stwierdziła, że relacje pomiędzy Ślizgonami a Gryfonami muszą się w końcu zmienić. Jesteście idealnymi kandydatami do pokazania uczniom, że stosunki pomiędzy tymi dwoma domami mogą się ocieplić.
      - Mam być waszą maskotką? Dzięki, ale nie skorzystam. - warknął blondyn.
      - Ale czekaj, czekaj Malfoy... my mamy mieszkać razem...? - Hermiona zwróciła się do nauczycielki drżącym głosem.
      - Tak, panno Granger, razem. - powiedziała Minerwa. Zapadła cisza, jakby dopiero teraz zdali sobie sprawę z faktu stwierdzonego kilka minut temu. A potem krzyk dwóch uczniów:
      - Że razem?!
***
Witam!
Rozdział długi, mam nadzieje, że nie ma błędów i oczywiście zapraszam do komentowania.